*
BILL
Podniosłem leniwie powieki, nawet nie byłem pewien, kiedy i o której właściwie w końcu udało mi się zasnąć. Najpewniej Morfeusz w swe objęcia zaciągnął mnie nagle i niespodziewanie, gdyż niemal całą noc spędziłem na ledwie jakiej rozmowie, wtulony w rozgrzane ciało Kaulitza; i tak samo spałem. Boże, biedny! Jak bardzo niewygodnie musiało mu być w tej chwili. Właściwie to wole nawet nie znać odpowiedzi na to pytanie, cwaniak nawet nie spróbował się mnie pozbyć znad siebie! Poprawiłem się, podnosząc głowę w stronę jego twarzy; ale dredziarz nie spał, przyglądając mi się uważnym wzrokiem. Poczułem lekki rumieniec na moich policzkach, który postarałem się ukryć, zarzucając swoje kruczoczarne włosy bardziej do przodu. Skubany, co on ze mną wyprawia?
- Jest dziesiąta, więc trochę jesteśmy spóźnieni — Usłyszałem cichy szept szczerzącego się dredziarza. Przyłożył swój telefon bliżej mojej twarzy. Skrzywiłem się i prychnąłem, chowając z powrotem twarz w jego miękki brzuch i wdychając ten cudowny aromat jego skóry.
Boże, co jak co, ale tę woń uwielbiałem jak nic na tym świecie. Zapach testosteronu, proszku do prania i tej mocnej nuty Toma Kaulitza, której nie mogłem po prostu niczym opisać.
Czasami sam z siebie brałem jego bluzę, gdy ten był na jednej z tych swoich całonocnych imprez. Tak po prostu, by ją czuć i wtulać się w ten przyjemny materiał.
Zwłaszcza wtedy, gdy na dworze panowała niezła ulewa, a ja bałem się, że zaraz rozpęta się kolejna burza. Nienawidzę ich z całego serca. Nie miałem najmniejszej ochoty teraz i na szybko się ogarniać; by zdążyć na te cholerne cztery lekcje, które nam pozostały.
Tom z resztą także nie wydawał się skory do tego. Leżał jak wcześniej, nawet nie okazując, iż najpewniej w chociaż jednej części ciała już chwyta go mrowienie. Jakbym był zwykłym pyłkiem kurzu na jego ciele; nie ważył po prostu nic. Trudno było mi jednak uwierzyć, mimo wszystko, że właśnie tak jest. - Ale gadałem wczoraj z Su i nie obrazi się, jeżeli zrobimy sobie dziś wolne.
Susie pozwoliła nam nie iść do szkoły?
Jakim cholernym cudem?
Przecież dla niej edukacja to świętość, a szkołę traktowała, jakby sama w sobie była Bogiem.
Naprawdę!
Nie przesadzam!
Nawet jak kiedyś miałem taką gorączkę, że praktycznie nie potrafiłem ustać na nogach, to Tom musiał przynieść mi po każdej lekcji OD RAZU zeszyt, bym OD RAZU wszystko wypisał i by on, korzystając z faktu, że ma te dziesięć minut przerwy, w skrócie mi opowiedział, o co chodzi w danym temacie. I w taki sposób przez cały tydzień biedny dredziarz musiał biegać z Budy do Bidula co czterdzieści pięć minut, by przynieść mi jeden głupi zeszyt i coś tam wydukać z lekcji; co i tak nic mi nie dawało, bo wolałem sam zrozumieć temat, aniżeli ktoś by mi go musiał tłumaczyć.
No tak, Susie starała się nas wszystkich od zawsze wychować, jakbyśmy jedną wielką rodziną. Ona naszą matką — my jej dziećmi. I za to właśnie każdy z osobna i wszyscy razem tak ją kochaliśmy. Uśmiechnąłem się szczerze i radośnie, podnosząc z wygodnego łóżka.
*
TOM
Nie spałem calutką noc. Nie potrafiłem, po prostu nie mogłem. Czarny był cudowny, gdy to cholerne delikatne światło przedzierało się z okna i po raz kolejny zatrzymywało na jego cudownej twarzy. Nie potrafiłem się napatrzeć i nie miałem serca utracić tego widoku na rzecz głupiego snu. Czułem każdy jego miarowy oddech i każde oddane mu bicie serca. Spał spokojnie, ciasno wtuliwszy się w mój bok. Nie czułem żadnego ciężaru, gdy tak leżał; z trudem odczuwałem w ogóle coś z zewnątrz, gdyż po prostu nic innego od niego samego mnie nie interesowało. Jedyne co mogłem jeszcze słyszeć to mocne uderzenie kropel o szklaną powłokę okna naprzeciw nas. Nie byłem pewien czy to grad, śnieg czy zwykły deszcz. Obstawiałem jednak to trzecie, nie racząc nawet podnieść głowy, by to sprawdzić. Nie chciałem przerwać mu snu, w końcu zasnął dopiero niedawno, gdy powoli wybijała piąta nad ranem. Całą noc spędził na łkaniu w mój podkoszulek, a ja znów na gładzeniu jego pleców i uspokajaniu go cichutkim szeptem. Mimo rosnącej we mnie potrzeby zrozumienia nie miałem odwagi zapytać go, co dokładnie się stało; wiedziałem, że nie powinienem mu o tym przypominać. Zwłaszcza nie teraz. Gdy będzie chciał — sam mi powie. Gdy nie — będę musiał przeżyć bez tej wiedzy i po prostu starać się by na jego anielską twarz więcej nie przychodził ten cholerny smutek. Najdziwniejsze w tym wszystkim wydawał mi się jeden fakt, to dziwne uczucie; Przecież mieszkałem już w tym pokoju z Billem przeszło szesnaście lat, a ja mimo wszystko, gdybym go nie znał, od razu i momentalnie pomyliłbym go z kobietą. Zdecydowanie. Jego androgeniczna uroda niezwykle mu pasowała, ale nie poznałbym w nim mężczyzny. Był zbyt kruchy, zbyt uczuciowy i zbyt kochany. Jego długie włosy idealnie scalały się z kobiecymi rysami twarzy; lecz cóż on posiadał z mężczyzny? Dlaczego fakt, że w bokserkach na pewno nie znalazłbym waginy, nie przyprawia mnie obrzydzeniem? Czy już tak mocno wszedłem w jego działanie, że te drobnostki już na mnie nie działały? Westchnąłem cicho, przenosząc dłoń z jego pleców na te delikatne włosy, gładząc je z czułością. Och Bill, co ty ze mną wyprawiasz.
-
Tak, to była zdecydowanie ciężka noc. Mogłem to zrozumieć dopiero wtedy, gdy późnym popołudniem wybraliśmy się we dwóch na mały spacer i moje oczy kleiły się pomimo faktu, że przecież byłem na nogach i szedłem przed siebie z Billem u boku. Cały dzień starałem się, by Su nad nie dorwała i udało mi się doprowadzić do tego, że nie widziała nas nawet na sekundkę. Choć miałem świadomość, że jak dostaniemy się już do bidula, to wieczorem zostanę zaproszony na bardzo ciekawą rozmowę z naszą kochaną opiekunką, która mnie zabije za wczorajszy brak informacji i dzisiejsze wagary. Ale to ja, Tom Kaulitz, kto, jeżeli nie moja osoba, wytłumaczy się i wybroni lepiej? Muszę naprawdę pomyśleć nad studiami z prawa; byłbym idealny do walczenia przed sądem o mniejszy wyrok dla przestępców. Serio, dałbym sobie radę na tym polu. Zachichotałem pod nosem, czym zwróciłem uwagę czarnowłosego.
- Wiesz, co jest dziwne? - Zapytał mnie nagle, a ja jedynie pokiwałem głową (co miało oznaczać, by kontynuował swoją wypowiedź). Spojrzał w niebo, dopiero po chwili wracając wzrokiem do mojego. - Znamy się niemal od urodzenia, a wiemy o sobie tak mało.
- Mało? - Powtórzyłem zdziwiony, marszcząc brwi. - Wiem o tobie praktycznie wszystko, a przynajmniej to, co mi w sobie już pokazałeś. Mam bardzo dobrą pamięć do ludzi — Uśmiechnąłem się łobuzersko, przez co mogłem ujrzeć małe rumieńce na jego słodkiej buźce. Oj maleńki, ile ty jeszcze nie wiesz. Co ty w ogóle mówisz? Znam charakterek Billa na pamięć, wiem, że jego ulubionym kolorem jest czarny, a znienawidzonymi; żółty i pomarańczowy. Byłem przy tym, jak po raz pierwszy w życiu wsiadł na rower i przy tym, gdy po raz pierwszy w życiu odważył się napić czegoś więcej, niż zwykłego soczku. Wiem, że nie je mięsa od siódmego roku życia, a jego ulubioną potrawą są krewetki. Czego ja mógłbym o nim nie wiedzieć? Chyba tylko ile ma centymetrów w bokserkach, ale właściwie, chętnie i tego bym się dowiedział. Czekaj i stop, coś ty właśnie powiedział Tom?
- No to ja wiem o tobie mało — Poprawił się, uśmiechając blado pod noskiem. Dałem mu lekkiego kuksańca w bok, sam oddając ten słodki grymas.
- Czy ja wiem, przecież wiesz dużo.
- Nie rozmawialiśmy od zawsze — Stwierdził cicho, przyglądając się ziemi, a może swoim butom? Właściwie, nie miałem dokładnie bladego pojęcia. Skrzywiłem się jednak i mimowolnie, słysząc tę smutną nutkę w jego stwierdzeniu.
- Jak to od zawsze? Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi do początku gimnazjum, Bill. Przynajmniej ja cię za niego miałem, później jednak trochę się to odmieniło — Sapnąłem, przypominając sobie te cholerne czasy. Głupi Mike skorzystał z mojej łatwowierności wymieszanej z nadzwyczajną ufnością i zaczął namawiać do uprzykrzania życia biednemu Czarnemu. Ale cóż mogłem na to poradzić? Przyznaję się bez bicia; byłem głupi. I naiwny. Liczyłem, że w ten sposób dostanę się do tej 'sławniejszej' grupki w szkole, ale co wyszło zamiast tego? To ja zacząłem tworzyć swoją własną grupę, niestety; idąc po trupach, aż do celu.
- Odmieniło? Traktowałeś mnie jak śmiecia.
- Wiem Bill — Szepnąłem cicho, niepewnie biorąc jego dłoń w moją. Spojrzał na mnie tymi swoimi dużymi i smutnymi oczami, a ja przełknąłem ciężką gulę w gardle. - Przepraszam cię za to, naprawdę.
*
BILL
Nie wiem, ile dokładnie godzin spędziliśmy na zwyczajnym chodzeniu w te i we wte. Tak samo, jak nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawialiśmy ze sobą tak długo i tak dużo. Cały dzień spędziliśmy ze sobą, tak po prostu. Bez przymusu i bez uczucia obowiązku; jedynie czysta ochota by spędzić ze sobą wzajemnie czas. Tom zdecydowanie bardziej się rozgadał niż zwykle, gdy jedyna nasza rozmowa polegała na tym, czy dam mu przepisać jakieś tam zadanie. No tak, od tego cholernego gimnazjum — aż dotąd — praktycznie nie rozmawialiśmy. I cieszyłem się z faktu, że trochę się to odmieniło. Jednak byliśmy trochę daleko od Bidula, gdy nagle rozpoczęła się mocna ulewa. Zacząłem się, niemiłosiernie trząś, gdy zaczęliśmy szybkim krokiem zbliżać się do domu. Kaulitz wtedy bez namysłu ściągnął swoją szeroką bluzę i oddał mi ją; sam zostając jedynie w zwykłej, białej koszulce. Uśmiechnąłem się do niego wdzięcznie, mimo wszystko przyjmując jego ciepłą część garderoby. Chwycił mnie za dłoń, gdy zdołałem ją odgrzebać z tych ogromnych rękawów i zaczęliśmy bieg w stronę naszego schronienia.
*
BILL
Podniosłem leniwie powieki, nawet nie byłem pewien, kiedy i o której właściwie w końcu udało mi się zasnąć. Najpewniej Morfeusz w swe objęcia zaciągnął mnie nagle i niespodziewanie, gdyż niemal całą noc spędziłem na ledwie jakiej rozmowie, wtulony w rozgrzane ciało Kaulitza; i tak samo spałem. Boże, biedny! Jak bardzo niewygodnie musiało mu być w tej chwili. Właściwie to wole nawet nie znać odpowiedzi na to pytanie, cwaniak nawet nie spróbował się mnie pozbyć znad siebie! Poprawiłem się, podnosząc głowę w stronę jego twarzy; ale dredziarz nie spał, przyglądając mi się uważnym wzrokiem. Poczułem lekki rumieniec na moich policzkach, który postarałem się ukryć, zarzucając swoje kruczoczarne włosy bardziej do przodu. Skubany, co on ze mną wyprawia?
- Jest dziesiąta, więc trochę jesteśmy spóźnieni — Usłyszałem cichy szept szczerzącego się dredziarza. Przyłożył swój telefon bliżej mojej twarzy. Skrzywiłem się i prychnąłem, chowając z powrotem twarz w jego miękki brzuch i wdychając ten cudowny aromat jego skóry.
Boże, co jak co, ale tę woń uwielbiałem jak nic na tym świecie. Zapach testosteronu, proszku do prania i tej mocnej nuty Toma Kaulitza, której nie mogłem po prostu niczym opisać.
Czasami sam z siebie brałem jego bluzę, gdy ten był na jednej z tych swoich całonocnych imprez. Tak po prostu, by ją czuć i wtulać się w ten przyjemny materiał.
Zwłaszcza wtedy, gdy na dworze panowała niezła ulewa, a ja bałem się, że zaraz rozpęta się kolejna burza. Nienawidzę ich z całego serca. Nie miałem najmniejszej ochoty teraz i na szybko się ogarniać; by zdążyć na te cholerne cztery lekcje, które nam pozostały.
Tom z resztą także nie wydawał się skory do tego. Leżał jak wcześniej, nawet nie okazując, iż najpewniej w chociaż jednej części ciała już chwyta go mrowienie. Jakbym był zwykłym pyłkiem kurzu na jego ciele; nie ważył po prostu nic. Trudno było mi jednak uwierzyć, mimo wszystko, że właśnie tak jest. - Ale gadałem wczoraj z Su i nie obrazi się, jeżeli zrobimy sobie dziś wolne.
Susie pozwoliła nam nie iść do szkoły?
Jakim cholernym cudem?
Przecież dla niej edukacja to świętość, a szkołę traktowała, jakby sama w sobie była Bogiem.
Naprawdę!
Nie przesadzam!
Nawet jak kiedyś miałem taką gorączkę, że praktycznie nie potrafiłem ustać na nogach, to Tom musiał przynieść mi po każdej lekcji OD RAZU zeszyt, bym OD RAZU wszystko wypisał i by on, korzystając z faktu, że ma te dziesięć minut przerwy, w skrócie mi opowiedział, o co chodzi w danym temacie. I w taki sposób przez cały tydzień biedny dredziarz musiał biegać z Budy do Bidula co czterdzieści pięć minut, by przynieść mi jeden głupi zeszyt i coś tam wydukać z lekcji; co i tak nic mi nie dawało, bo wolałem sam zrozumieć temat, aniżeli ktoś by mi go musiał tłumaczyć.
No tak, Susie starała się nas wszystkich od zawsze wychować, jakbyśmy jedną wielką rodziną. Ona naszą matką — my jej dziećmi. I za to właśnie każdy z osobna i wszyscy razem tak ją kochaliśmy. Uśmiechnąłem się szczerze i radośnie, podnosząc z wygodnego łóżka.
*
TOM
Nie spałem calutką noc. Nie potrafiłem, po prostu nie mogłem. Czarny był cudowny, gdy to cholerne delikatne światło przedzierało się z okna i po raz kolejny zatrzymywało na jego cudownej twarzy. Nie potrafiłem się napatrzeć i nie miałem serca utracić tego widoku na rzecz głupiego snu. Czułem każdy jego miarowy oddech i każde oddane mu bicie serca. Spał spokojnie, ciasno wtuliwszy się w mój bok. Nie czułem żadnego ciężaru, gdy tak leżał; z trudem odczuwałem w ogóle coś z zewnątrz, gdyż po prostu nic innego od niego samego mnie nie interesowało. Jedyne co mogłem jeszcze słyszeć to mocne uderzenie kropel o szklaną powłokę okna naprzeciw nas. Nie byłem pewien czy to grad, śnieg czy zwykły deszcz. Obstawiałem jednak to trzecie, nie racząc nawet podnieść głowy, by to sprawdzić. Nie chciałem przerwać mu snu, w końcu zasnął dopiero niedawno, gdy powoli wybijała piąta nad ranem. Całą noc spędził na łkaniu w mój podkoszulek, a ja znów na gładzeniu jego pleców i uspokajaniu go cichutkim szeptem. Mimo rosnącej we mnie potrzeby zrozumienia nie miałem odwagi zapytać go, co dokładnie się stało; wiedziałem, że nie powinienem mu o tym przypominać. Zwłaszcza nie teraz. Gdy będzie chciał — sam mi powie. Gdy nie — będę musiał przeżyć bez tej wiedzy i po prostu starać się by na jego anielską twarz więcej nie przychodził ten cholerny smutek. Najdziwniejsze w tym wszystkim wydawał mi się jeden fakt, to dziwne uczucie; Przecież mieszkałem już w tym pokoju z Billem przeszło szesnaście lat, a ja mimo wszystko, gdybym go nie znał, od razu i momentalnie pomyliłbym go z kobietą. Zdecydowanie. Jego androgeniczna uroda niezwykle mu pasowała, ale nie poznałbym w nim mężczyzny. Był zbyt kruchy, zbyt uczuciowy i zbyt kochany. Jego długie włosy idealnie scalały się z kobiecymi rysami twarzy; lecz cóż on posiadał z mężczyzny? Dlaczego fakt, że w bokserkach na pewno nie znalazłbym waginy, nie przyprawia mnie obrzydzeniem? Czy już tak mocno wszedłem w jego działanie, że te drobnostki już na mnie nie działały? Westchnąłem cicho, przenosząc dłoń z jego pleców na te delikatne włosy, gładząc je z czułością. Och Bill, co ty ze mną wyprawiasz.
-
Tak, to była zdecydowanie ciężka noc. Mogłem to zrozumieć dopiero wtedy, gdy późnym popołudniem wybraliśmy się we dwóch na mały spacer i moje oczy kleiły się pomimo faktu, że przecież byłem na nogach i szedłem przed siebie z Billem u boku. Cały dzień starałem się, by Su nad nie dorwała i udało mi się doprowadzić do tego, że nie widziała nas nawet na sekundkę. Choć miałem świadomość, że jak dostaniemy się już do bidula, to wieczorem zostanę zaproszony na bardzo ciekawą rozmowę z naszą kochaną opiekunką, która mnie zabije za wczorajszy brak informacji i dzisiejsze wagary. Ale to ja, Tom Kaulitz, kto, jeżeli nie moja osoba, wytłumaczy się i wybroni lepiej? Muszę naprawdę pomyśleć nad studiami z prawa; byłbym idealny do walczenia przed sądem o mniejszy wyrok dla przestępców. Serio, dałbym sobie radę na tym polu. Zachichotałem pod nosem, czym zwróciłem uwagę czarnowłosego.
- Wiesz, co jest dziwne? - Zapytał mnie nagle, a ja jedynie pokiwałem głową (co miało oznaczać, by kontynuował swoją wypowiedź). Spojrzał w niebo, dopiero po chwili wracając wzrokiem do mojego. - Znamy się niemal od urodzenia, a wiemy o sobie tak mało.
- Mało? - Powtórzyłem zdziwiony, marszcząc brwi. - Wiem o tobie praktycznie wszystko, a przynajmniej to, co mi w sobie już pokazałeś. Mam bardzo dobrą pamięć do ludzi — Uśmiechnąłem się łobuzersko, przez co mogłem ujrzeć małe rumieńce na jego słodkiej buźce. Oj maleńki, ile ty jeszcze nie wiesz. Co ty w ogóle mówisz? Znam charakterek Billa na pamięć, wiem, że jego ulubionym kolorem jest czarny, a znienawidzonymi; żółty i pomarańczowy. Byłem przy tym, jak po raz pierwszy w życiu wsiadł na rower i przy tym, gdy po raz pierwszy w życiu odważył się napić czegoś więcej, niż zwykłego soczku. Wiem, że nie je mięsa od siódmego roku życia, a jego ulubioną potrawą są krewetki. Czego ja mógłbym o nim nie wiedzieć? Chyba tylko ile ma centymetrów w bokserkach, ale właściwie, chętnie i tego bym się dowiedział. Czekaj i stop, coś ty właśnie powiedział Tom?
- No to ja wiem o tobie mało — Poprawił się, uśmiechając blado pod noskiem. Dałem mu lekkiego kuksańca w bok, sam oddając ten słodki grymas.
- Czy ja wiem, przecież wiesz dużo.
- Nie rozmawialiśmy od zawsze — Stwierdził cicho, przyglądając się ziemi, a może swoim butom? Właściwie, nie miałem dokładnie bladego pojęcia. Skrzywiłem się jednak i mimowolnie, słysząc tę smutną nutkę w jego stwierdzeniu.
- Jak to od zawsze? Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi do początku gimnazjum, Bill. Przynajmniej ja cię za niego miałem, później jednak trochę się to odmieniło — Sapnąłem, przypominając sobie te cholerne czasy. Głupi Mike skorzystał z mojej łatwowierności wymieszanej z nadzwyczajną ufnością i zaczął namawiać do uprzykrzania życia biednemu Czarnemu. Ale cóż mogłem na to poradzić? Przyznaję się bez bicia; byłem głupi. I naiwny. Liczyłem, że w ten sposób dostanę się do tej 'sławniejszej' grupki w szkole, ale co wyszło zamiast tego? To ja zacząłem tworzyć swoją własną grupę, niestety; idąc po trupach, aż do celu.
- Odmieniło? Traktowałeś mnie jak śmiecia.
- Wiem Bill — Szepnąłem cicho, niepewnie biorąc jego dłoń w moją. Spojrzał na mnie tymi swoimi dużymi i smutnymi oczami, a ja przełknąłem ciężką gulę w gardle. - Przepraszam cię za to, naprawdę.
*
BILL
Nie wiem, ile dokładnie godzin spędziliśmy na zwyczajnym chodzeniu w te i we wte. Tak samo, jak nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawialiśmy ze sobą tak długo i tak dużo. Cały dzień spędziliśmy ze sobą, tak po prostu. Bez przymusu i bez uczucia obowiązku; jedynie czysta ochota by spędzić ze sobą wzajemnie czas. Tom zdecydowanie bardziej się rozgadał niż zwykle, gdy jedyna nasza rozmowa polegała na tym, czy dam mu przepisać jakieś tam zadanie. No tak, od tego cholernego gimnazjum — aż dotąd — praktycznie nie rozmawialiśmy. I cieszyłem się z faktu, że trochę się to odmieniło. Jednak byliśmy trochę daleko od Bidula, gdy nagle rozpoczęła się mocna ulewa. Zacząłem się, niemiłosiernie trząś, gdy zaczęliśmy szybkim krokiem zbliżać się do domu. Kaulitz wtedy bez namysłu ściągnął swoją szeroką bluzę i oddał mi ją; sam zostając jedynie w zwykłej, białej koszulce. Uśmiechnąłem się do niego wdzięcznie, mimo wszystko przyjmując jego ciepłą część garderoby. Chwycił mnie za dłoń, gdy zdołałem ją odgrzebać z tych ogromnych rękawów i zaczęliśmy bieg w stronę naszego schronienia.
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz