*
TOM
Tak jak mówiłem i obstawiałem, nasza kochana opiekunka raczyła mnie jednak dziś wieczorem jeszcze skraść do swojego malutkiego gabineciku niemal na samym strychu bidula. Szedłem jak na skazanie, po drodze zatrzymując się parę razy, gdy któryś z maluchów prosił mnie o zabawę w 'Lotnika' i podnoszenie swojego malutkiego ciałka najwyżej jak dawałem radę. Uśmiechałem się wtedy tylko i bez namysłu starałem jakoś rozweselić te malutkie stworzenia człowieka.
Jednak Su nie raczyła na mnie czekać, więc wystarczył jeden głośny krzyk mojego imienia i już niestety musiałem ruszyć na tę cholerną rozmowę. Nie, żebym się jej bał; ale nie miałem najmniejszej ochoty tłumaczyć się z moich czynów komukolwiek. Wiedziała, że wrócił, więc po co drążyć temat? No Cholera wie!
Bez pukania wszedłem jakby do siebie, siadając przy jej biurku z ciemnego, lakierowanego drewna. Drobka kobieta siedziała naprzeciw, przyglądając się mi z ostrożnością. Wiedziała, że takie coś mimo wszystko mnie denerwuje. Kichnąłem, przerywając tym ciszę.
- Mogłeś mimo wszystko przyjść i mnie poinformować.
- To nie tobie biedak płakał w ramię, Su. Jak mógłbym go takiego zostawić?
- Tom — Westchnęła, pochylając się. Mogłem ujrzeć jej zmartwione spojrzenie i drżącą dolną wargę. - Dobrze wiesz, że nie raz to robił. I to nawet z twojego powodu. - No i trafiła w sam środek mojego samopoczucia. Mocne uderzenie poniżej pasa. Warknąłem coś nieprzyjemnego pod nosem, kierując mój wzrok za okno tego pomieszczenia. Uwielbiałem Susanne od zawsze, ale niestety, nie miałem charakteru poddanego. Nie potrafiłem przyznać się do swoich złych czynów i bez bólu pozwolić by ktokolwiek zaniżał mój poziom z powodu trudnego charakteru — Dobrze wiedziała, że nigdy nie byłem aniołkiem; choć się starałem, a przynajmniej jak tylko dawałem radę.
Miałem ochotę wstać, wyjść, wrócić do siebie i rzucić na moje łóżko. Było mi zimno, przez moje ciało co chwilę rozchodził się nieprzyjemny dreszcz, a umysł już dawno nie pracował.
Ale nie, oczywiście, musi mnie na siłę tu przetrzymywać jak na jakimś cholernym skazaniu.
-
Czułem się okropnie.
I to do tego stopnia, że nawet Susanne dała mi w końcu spokój z jej maminymi tekstami i oskarżeniami, starając się jak najszybciej postawić mnie na nogi.
Jednak pomysł z oddaniem mojej bluzy Billowi był tylko w połowie dobry; przynajmniej mogę się pocieszyć faktem, że to nie on teraz leży w łóżku z katarem, stanem podgorączkowym i bólem gardła. I to nie ja będę musiał biegać tam i z powrotem z tymi cholernymi zeszytami, ale no cóż, doprawiłem się porządnie; być może nawet jak nigdy w życiu. Jestem przyczepiony do mojego materaca od ponad dwóch dni i jedyne co otrzymuje to tabletki, ciepłą herbatkę, znowu leki, no i między tym wszystkim jeszcze jedzenie; na które chwilowo nie mam nawet najmniejszej ochoty. I wszystkim tym zajmuje się nie kto inny jak Czarnulek, który stara się zwalczyć swoje poczucie winy właśnie takimi zabiegami wokół mojej osoby. Cóż, niezwykle to miłe, gdy widzę jak słodko rumieni mu się buźka, jak tylko wydukam z siebie jakieś podziękowanie, za tę pomoc w poprawieniu mojego samopoczucia. Choć leżało ono chwilowo tak nisko, że podeptać je nie trudno.
Zmieniłem pozycję na siedzącą, gdy po raz kolejny dziś drzwi się otworzyły.
- Jak się czujesz? - Zagadnął, wchodząc do pokoju. Pewnie musiał uderzyć go właśnie ten silny zapach olejku eterycznego, którym Su kazała mi się obsmarować, gdyż niby ma działania udrażniające zatkany nos — Czy to prawda? No cóż, chwilowo jeszcze dokładnie tego nie wiem, nawet trudno uwierzyć mi w jego uzdrowicielską moc, jeżeli mam być szczery.
Wyrwałem się z zamyślenia, dopiero gdy poczułem, jak mój materac się leciutko ugina pod ciężarem Czarnego. Przysiadł na rogu, przyglądając mi się o dziwo troskliwie. Podniósł swoją chudziutką dłoń, ogarniając mi ze spoconego czoła kosmyki dredów i próbując jako-tako sprawdzić, czy dalej mam tę cholerną gorączkę. Wszystko byłoby super i fajnie, gdyby nie fakt, że sam jego dotyk doprowadzał do zapalenia malutkiej iskierki ognia w moim podbrzuszu. - Już chyba ci zmalała.
- Zdecydowanie — Odparłem szybko, niemal błagając w myślach, by ściągnął ze mnie tę malutką łapkę, nim kompletnie znów się rozgrzeje. Nie miałem pojęcia, cóż właśnie się ze mną działo — ale chyba nie miałem ochoty w to wnikać. Przynajmniej nie teraz, gdy wszystko brałem na poważnie jedynie w połowie.
*
BILL
Goniłem jak nienormalny. Może nawet i można by było mnie nazwać dzikusem?
Ale mniejsza o to, po prostu byłem całymi dniami na nogach. Non stop, bez przerwy. Starałem się, by Tomowi niczego nie brakowało, a jednocześnie musiałem również zadbać o siebie. Jak to zawsze bywa; co czterdzieści pięć minut znajdowałem się w naszym pokoju, tłumacząc mu w niezwykłym skrócie to, co sam uważałem za najistotniejsze. Co dwie godziny wysyłałem mu wiadomość informacyjną o treści: „Wiem leniu, że nie chce ci się stawać, ale ruszaj tyłek i bierz tabletkę!” i co godzinę starałem się w miarę możliwości dowiedzieć, czy są jakieś poprawy stanu jego zdrowia, czy dalej jest, jak było.
Serio, miałem uczucie, że zaraz się rozdwoję i stanę obok. Zachowywałem się jak niedorozwinięta, męska Matka Teresa, a od zawsze uważałem, że to Susie nadmiernie dramatyzuje!
A jednak; z kim się zadajesz — takim się stajesz, no nie?
No właśnie.
-
- Bill! - Usłyszawszy gdzieś za sobą damski głos, zwróciłem się do właścicielki. - Zaczekaj! - Brunetka stała na drugim końcu korytarza, usilnie próbując do mnie przybiec na tych swoich koturnach. Któż w ogóle raczy ubierać takie obuwie do szkoły? Przyglądałem się jej twarzy. Prócz widocznego zmęczenia tym arcytrudnym biegiem, mogłem jedynie zauważyć mocny makijaż i lekko rozmazaną prawą brew. Amber od zawsze nie nosiła się jakoś super odjazdowo; a właściwie nazwałbym ten styl nawet przeciwieństwem moich teraźniejszych słów. - Co się dzieje z Tommym?
- Z Tomem? - Zmarszczyłem brwi, czując dziwny ucisk w ciele. - A co ma się z nim dziać?
- No wiesz... - Przeciągnęła, a ja już trochę znudzony czekałem na ciąg dalszy jej wypowiedzi. - Nie ma w budzie od paru dni.
- Bo jest chory — Sprostowałem, patrząc na nią z lekką arogancją i odwróciwszy się plecami, pomknąłem prosto do drzwi wejściowych szkoły.
Co mi się właśnie stało? Zachowywałem się jak zazdrosny dzieciak.
Zazdrosny? O kogo?
O Kaulitza?
*
TOM
- Miałeś leżeć i wypoczywać!
Znudzony przewróciłem oczyma, kładąc się z powrotem, na swoje łożę. Tramper jak tylko wszedł do naszego pokoju, zaczął tą swoją matczyną gadkę i zbyteczne przejmowanie się każdym drobiazgiem; choćby teraz tym, że pozwoliłem sobie rozprostować na chwilę kończyny i pochodzić po tych głupich parunastu metrach kwadratowych. Bo cóż miałem innego do roboty? Chyba tylko umierać z nudów i przespać kolejny dzień bez jakiejkolwiek odczuwalnej potrzeby snu. Westchnąłem głośno, chowając chorą twarz w poduszkę.
- Nie przesadzaj już, to tylko przeziębienie!
- Tylko przeziębienie?! - Uniósł się. I to tak, jak tylko on tym swoim głosem śpiewaka potrafi. Zacząłem się martwić, czy moje bębenki uszne w ogóle są jeszcze na swoim miejscu. Prychnąłem głośno w poduszkę, starając się w jakiś sposób pohamować mój przyszły wybuch gniewu. - Z takiego nieleczonego 'tylko przeziębienia' ludzie umierają!
- Bill! - Burknąłem oburzony, poprawiając się tak, bym mógł wbić swoje zdenerwowane spojrzenie w jego roziskrzone tęczówki. - Czy ty uważasz, że moja choroba jest właśnie nieleczona? Kiedy tak o mnie dbasz i ja sam wypełniam każdy twój rozkaz? Przecież z tobą pod dachem nie da się nie dbać o swoje zdrowie, bo można szału dostać!
- I dobrze, nie chce, żebyś umierał! - Westchnął teatralnie, opadając obok mnie na materac i opierając głowę o własne dłonie. Mógłbym nawet przysiąc, że do moich nadwyrężonych uszu zaczęło dochodzić ciche łkanie. Dobrze znałem Billa, ale kurczę, nie przypuszczałbym, że o taką pierdołę potrafi się tak unieść! I to jeszcze do tego stopnia, iż łzy rozpoczęły cichą wędrówkę po jego policzkach!
No to brawo Tom, teraz będzie zżerać cię poczucie winy.
Skrzywiłem się, słysząc te okazy smutku z jego zaschniętych warg. Delikatnie się przybliżyłem, przytuliwszy jego głowę o własny tors. Sam chyba był rozpalony, bo zdrowy człowiek — i to nawet Bill — tak się nie zachowuję.
- Cichutko Billy, przecież ja nie mam zamiaru wybierać się na tamten świat, głupku. Nie płacz, proszę. Dobrze wiesz, że nie wiem, co w takich sytuacjach mam zrobić.
*
TOM
Tak jak mówiłem i obstawiałem, nasza kochana opiekunka raczyła mnie jednak dziś wieczorem jeszcze skraść do swojego malutkiego gabineciku niemal na samym strychu bidula. Szedłem jak na skazanie, po drodze zatrzymując się parę razy, gdy któryś z maluchów prosił mnie o zabawę w 'Lotnika' i podnoszenie swojego malutkiego ciałka najwyżej jak dawałem radę. Uśmiechałem się wtedy tylko i bez namysłu starałem jakoś rozweselić te malutkie stworzenia człowieka.
Jednak Su nie raczyła na mnie czekać, więc wystarczył jeden głośny krzyk mojego imienia i już niestety musiałem ruszyć na tę cholerną rozmowę. Nie, żebym się jej bał; ale nie miałem najmniejszej ochoty tłumaczyć się z moich czynów komukolwiek. Wiedziała, że wrócił, więc po co drążyć temat? No Cholera wie!
Bez pukania wszedłem jakby do siebie, siadając przy jej biurku z ciemnego, lakierowanego drewna. Drobka kobieta siedziała naprzeciw, przyglądając się mi z ostrożnością. Wiedziała, że takie coś mimo wszystko mnie denerwuje. Kichnąłem, przerywając tym ciszę.
- Mogłeś mimo wszystko przyjść i mnie poinformować.
- To nie tobie biedak płakał w ramię, Su. Jak mógłbym go takiego zostawić?
- Tom — Westchnęła, pochylając się. Mogłem ujrzeć jej zmartwione spojrzenie i drżącą dolną wargę. - Dobrze wiesz, że nie raz to robił. I to nawet z twojego powodu. - No i trafiła w sam środek mojego samopoczucia. Mocne uderzenie poniżej pasa. Warknąłem coś nieprzyjemnego pod nosem, kierując mój wzrok za okno tego pomieszczenia. Uwielbiałem Susanne od zawsze, ale niestety, nie miałem charakteru poddanego. Nie potrafiłem przyznać się do swoich złych czynów i bez bólu pozwolić by ktokolwiek zaniżał mój poziom z powodu trudnego charakteru — Dobrze wiedziała, że nigdy nie byłem aniołkiem; choć się starałem, a przynajmniej jak tylko dawałem radę.
Miałem ochotę wstać, wyjść, wrócić do siebie i rzucić na moje łóżko. Było mi zimno, przez moje ciało co chwilę rozchodził się nieprzyjemny dreszcz, a umysł już dawno nie pracował.
Ale nie, oczywiście, musi mnie na siłę tu przetrzymywać jak na jakimś cholernym skazaniu.
-
Czułem się okropnie.
I to do tego stopnia, że nawet Susanne dała mi w końcu spokój z jej maminymi tekstami i oskarżeniami, starając się jak najszybciej postawić mnie na nogi.
Jednak pomysł z oddaniem mojej bluzy Billowi był tylko w połowie dobry; przynajmniej mogę się pocieszyć faktem, że to nie on teraz leży w łóżku z katarem, stanem podgorączkowym i bólem gardła. I to nie ja będę musiał biegać tam i z powrotem z tymi cholernymi zeszytami, ale no cóż, doprawiłem się porządnie; być może nawet jak nigdy w życiu. Jestem przyczepiony do mojego materaca od ponad dwóch dni i jedyne co otrzymuje to tabletki, ciepłą herbatkę, znowu leki, no i między tym wszystkim jeszcze jedzenie; na które chwilowo nie mam nawet najmniejszej ochoty. I wszystkim tym zajmuje się nie kto inny jak Czarnulek, który stara się zwalczyć swoje poczucie winy właśnie takimi zabiegami wokół mojej osoby. Cóż, niezwykle to miłe, gdy widzę jak słodko rumieni mu się buźka, jak tylko wydukam z siebie jakieś podziękowanie, za tę pomoc w poprawieniu mojego samopoczucia. Choć leżało ono chwilowo tak nisko, że podeptać je nie trudno.
Zmieniłem pozycję na siedzącą, gdy po raz kolejny dziś drzwi się otworzyły.
- Jak się czujesz? - Zagadnął, wchodząc do pokoju. Pewnie musiał uderzyć go właśnie ten silny zapach olejku eterycznego, którym Su kazała mi się obsmarować, gdyż niby ma działania udrażniające zatkany nos — Czy to prawda? No cóż, chwilowo jeszcze dokładnie tego nie wiem, nawet trudno uwierzyć mi w jego uzdrowicielską moc, jeżeli mam być szczery.
Wyrwałem się z zamyślenia, dopiero gdy poczułem, jak mój materac się leciutko ugina pod ciężarem Czarnego. Przysiadł na rogu, przyglądając mi się o dziwo troskliwie. Podniósł swoją chudziutką dłoń, ogarniając mi ze spoconego czoła kosmyki dredów i próbując jako-tako sprawdzić, czy dalej mam tę cholerną gorączkę. Wszystko byłoby super i fajnie, gdyby nie fakt, że sam jego dotyk doprowadzał do zapalenia malutkiej iskierki ognia w moim podbrzuszu. - Już chyba ci zmalała.
- Zdecydowanie — Odparłem szybko, niemal błagając w myślach, by ściągnął ze mnie tę malutką łapkę, nim kompletnie znów się rozgrzeje. Nie miałem pojęcia, cóż właśnie się ze mną działo — ale chyba nie miałem ochoty w to wnikać. Przynajmniej nie teraz, gdy wszystko brałem na poważnie jedynie w połowie.
*
BILL
Goniłem jak nienormalny. Może nawet i można by było mnie nazwać dzikusem?
Ale mniejsza o to, po prostu byłem całymi dniami na nogach. Non stop, bez przerwy. Starałem się, by Tomowi niczego nie brakowało, a jednocześnie musiałem również zadbać o siebie. Jak to zawsze bywa; co czterdzieści pięć minut znajdowałem się w naszym pokoju, tłumacząc mu w niezwykłym skrócie to, co sam uważałem za najistotniejsze. Co dwie godziny wysyłałem mu wiadomość informacyjną o treści: „Wiem leniu, że nie chce ci się stawać, ale ruszaj tyłek i bierz tabletkę!” i co godzinę starałem się w miarę możliwości dowiedzieć, czy są jakieś poprawy stanu jego zdrowia, czy dalej jest, jak było.
Serio, miałem uczucie, że zaraz się rozdwoję i stanę obok. Zachowywałem się jak niedorozwinięta, męska Matka Teresa, a od zawsze uważałem, że to Susie nadmiernie dramatyzuje!
A jednak; z kim się zadajesz — takim się stajesz, no nie?
No właśnie.
-
- Bill! - Usłyszawszy gdzieś za sobą damski głos, zwróciłem się do właścicielki. - Zaczekaj! - Brunetka stała na drugim końcu korytarza, usilnie próbując do mnie przybiec na tych swoich koturnach. Któż w ogóle raczy ubierać takie obuwie do szkoły? Przyglądałem się jej twarzy. Prócz widocznego zmęczenia tym arcytrudnym biegiem, mogłem jedynie zauważyć mocny makijaż i lekko rozmazaną prawą brew. Amber od zawsze nie nosiła się jakoś super odjazdowo; a właściwie nazwałbym ten styl nawet przeciwieństwem moich teraźniejszych słów. - Co się dzieje z Tommym?
- Z Tomem? - Zmarszczyłem brwi, czując dziwny ucisk w ciele. - A co ma się z nim dziać?
- No wiesz... - Przeciągnęła, a ja już trochę znudzony czekałem na ciąg dalszy jej wypowiedzi. - Nie ma w budzie od paru dni.
- Bo jest chory — Sprostowałem, patrząc na nią z lekką arogancją i odwróciwszy się plecami, pomknąłem prosto do drzwi wejściowych szkoły.
Co mi się właśnie stało? Zachowywałem się jak zazdrosny dzieciak.
Zazdrosny? O kogo?
O Kaulitza?
*
TOM
- Miałeś leżeć i wypoczywać!
Znudzony przewróciłem oczyma, kładąc się z powrotem, na swoje łożę. Tramper jak tylko wszedł do naszego pokoju, zaczął tą swoją matczyną gadkę i zbyteczne przejmowanie się każdym drobiazgiem; choćby teraz tym, że pozwoliłem sobie rozprostować na chwilę kończyny i pochodzić po tych głupich parunastu metrach kwadratowych. Bo cóż miałem innego do roboty? Chyba tylko umierać z nudów i przespać kolejny dzień bez jakiejkolwiek odczuwalnej potrzeby snu. Westchnąłem głośno, chowając chorą twarz w poduszkę.
- Nie przesadzaj już, to tylko przeziębienie!
- Tylko przeziębienie?! - Uniósł się. I to tak, jak tylko on tym swoim głosem śpiewaka potrafi. Zacząłem się martwić, czy moje bębenki uszne w ogóle są jeszcze na swoim miejscu. Prychnąłem głośno w poduszkę, starając się w jakiś sposób pohamować mój przyszły wybuch gniewu. - Z takiego nieleczonego 'tylko przeziębienia' ludzie umierają!
- Bill! - Burknąłem oburzony, poprawiając się tak, bym mógł wbić swoje zdenerwowane spojrzenie w jego roziskrzone tęczówki. - Czy ty uważasz, że moja choroba jest właśnie nieleczona? Kiedy tak o mnie dbasz i ja sam wypełniam każdy twój rozkaz? Przecież z tobą pod dachem nie da się nie dbać o swoje zdrowie, bo można szału dostać!
- I dobrze, nie chce, żebyś umierał! - Westchnął teatralnie, opadając obok mnie na materac i opierając głowę o własne dłonie. Mógłbym nawet przysiąc, że do moich nadwyrężonych uszu zaczęło dochodzić ciche łkanie. Dobrze znałem Billa, ale kurczę, nie przypuszczałbym, że o taką pierdołę potrafi się tak unieść! I to jeszcze do tego stopnia, iż łzy rozpoczęły cichą wędrówkę po jego policzkach!
No to brawo Tom, teraz będzie zżerać cię poczucie winy.
Skrzywiłem się, słysząc te okazy smutku z jego zaschniętych warg. Delikatnie się przybliżyłem, przytuliwszy jego głowę o własny tors. Sam chyba był rozpalony, bo zdrowy człowiek — i to nawet Bill — tak się nie zachowuję.
- Cichutko Billy, przecież ja nie mam zamiaru wybierać się na tamten świat, głupku. Nie płacz, proszę. Dobrze wiesz, że nie wiem, co w takich sytuacjach mam zrobić.
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz