wtorek, 7 marca 2017

I will show you the truth, 007.


*

TOM

Ciężkie łzy cierpienia wsiąkały w mój podkoszulek, a ja nie miałem zielonego pojęcia, jakbym mógł pomóc tej niezwykle kruchej istotce, choć godzinę temu najchętniej ścisnąłbym dłońmi tę łabędzią szyję, powoli doprowadzając do ucięcia tlenu w jego płucach i zgonu. Przecież ja przez tego człowieka umierałem dzisiaj już chyba z jakieś sto razy! A to zdecydowanie nie było podobne do mej niezwykle arogancko nastawionej do innych osób natury.
Ale wracając do Czarnego, był załamany. Cholernie nieszczęśliwy; moje wnętrzności na ten widok pełen rozpaczy skręcały się w niejasnym bólu. Cóż mogłem poradzić? Nie było mnie tam. Nie miałem jasno postawionej sytuacji, co po kolei się działo, choć nie wierzę, by jakaś tam laska udająca chłopaka, była silniejsza od niego samego, prawda? To nie jest możliwe?
Westchnąłem cicho, przytulając jego chudziutkie ciało mocniej do mojego, by jakkolwiek dodać mu otuchy. Mógł płakać do woli, ile tylko miał na to ochotę. Przecież dobrze już poznałem tego chłopaka i wiedziałem, jak pokręcone ma nastroje. Jego serce także było za miękkie, by pozwalał aż tylu osobom w nim zagościć. Był zdecydowanie zbyt ufny — a potem cierpiał.
Ale mimo wszystko, nie wnikając w to, jaki jestem i jaki potrafię być; ma mnie. Ja zawsze jestem blisko niego i zawsze staram się pomóc. Ale tylko jemu, reszta mnie nie interesuje.
Czułem, jak chłód dzisiejszej nocy coraz bardziej wkrada się do mojego organizmu, niemal doprowadzając do drgawek. Był z chwili na chwilę bardziej dokuczliwy, a zatem doszedłem do wniosku; pora na nas. Podniosłem się, na co Bill zareagował niemym protestem; ale nie wiele mnie to interesowało, gdyż chwyciłem jego chude ciałko i podniosłem się, biorąc go na ręce i czekając chwilkę, aż wyciągnie swoje spod kołdry, otulając nimi ciasno moją szyję. Zszedłem z nim do naszego pokoju, usadowiwszy na moim łóżku; z całkowitego przyzwyczajenia.

- Pięć minut i jestem — Uśmiechnąłem się do niego blado, ścierając lewą dłonią świeże łzy z policzka. Pomknąłem na dolne piętro prosto do kuchni. Całe szczęście, że nasze stołówkowe kucharki nigdy nie zamykając bufetu, więc bez wszelkich trudności udało mi się przyrządzić dwie porcję słodkiego kakao; i nawet znalazłem słodkie pianki! I nie pobrudziłem jakoś niezwykle bardzo.
Chwyciłem gorące kubki, odwróciwszy się o sto osiemdziesiąt stopni i niemal nie opuściwszy wszystkiego, gdy z ciemności jak jakiś demon wyłoniła się Susie w swojej bufiastej piżamce.
Boże, przeżyłem właśnie zawał!

- Znalazłeś go? Miałeś mnie poinformować!
- Przepraszam Cię — Mruknąłem, gdy ta mała kobieta już powoli wyciągała ten swój grożący palec. W końcu byłem już za stary, by otrzymać klapsa za niegrzeczne zachowanie. Uśmiechnąłem się potulnie, pozwoliwszy na moje oczka proszącego psiaka. - Po prostu Billy był tak strasznie smutny, że nie miałem serca odejść od niego, choć na tę parę sekund! Teraz z resztą też nie, Su. Muszę lecieć, pogadamy jutro! - Odparłem miło, uciekając przed palącym wzrokiem opiekunki. - Aha, i byłabyś taka miła i posprzątała po mnie? Też cię kocham! -Dodałem za sobą, zamykając drzwi jadalni i kierując się do swojego pokoju, w którym teraz smucił się Czarnulek...
Kiedy stałem się taki delikatny? Zaczyna mi się to nie podobać.

-

Siedziałem cicho po drugiej stronie łóżka, przyglądając się Tramperowi, jak powoli siorbał to już i tak zimne kakao. Naprawdę, nie chciałem wtrącać się w to wszystko, bo nie była to moja sprawa, ale sama chęć poznania prawdy przewyższała szalę mojego niewnikania. Zawsze starałem się zdobyć to, na co właśnie miałem ochotę. Ale co zrobić tym razem i w takiej sytuacji? To w końcu Bill. Ten najcichszy, najbardziej skryty w sobie chłopak w całym bidulu, którego po tych siedemnastu wspólnych latach dalej niekompletnie rozszyfrowałem, a Susanne to mnie pewnie już jutro i tak ukatrupi. Nawet nie, dlatego że zostawiłem cały bałagan na jej głowie, a gdyż nie pozwoliłem jej nawet dowiedzieć się, choć rąbka prawdy z właściwie już wczorajszego wieczora.
Nie odrywałem wzroku od czarnego choćby na moment, starając się niczego nie przegapić. Przypominał małego kotka, który właśnie został pozostawiony na pastwę własnego losu, a ja miałbym możliwość go w tej chwili przygarnąć. Ogromne, czarne plamy pod oczami z powodu rozmazania się idealnego makijażu przez łzy i ten cholernie nieszczęśliwy wzrok mimowolnie wierciły mi dziurę w wielkości ozonowej w brzuchu. Ja sam powoli zaczynałem odczuwać zgubienie, choćby we własnym charakterze.
Pochylił się ku ziemi, by móc odłożyć swój pusty już kubek i wyprostował się, ilustrując mnie dokładnie.

*

BILL

Nie wiem, co było gorsze.
Fakt, że moje serce parę godzin temu rozrywało się na strzępy, a myśli i moje własne odczucia były zwykłym huraganem niedowierzania, a brak odwagi w podzieleniu się prawdą z Tomem wyżerał mnie od środka, pozwalając jedynie na ciche łkanie w jego obecności.
Czy sama ta myśl, która pojawiła się u mnie, odkąd mop wrócił z kuchni.
Po prostu miałem tak straszną ochotę się do niego przytulić, pozwolić by ukrył mnie przez złem całego świata, a z drugiej strony brakowało mi jakiejkolwiek odwagi na taki ruch.
Pieprzony tchórz Tramper, powoli zacznę się do tego przyzwyczajać. Nadawałem się chyba jedynie do tego, by mnie raniono i okłamywano. Byłem idealną ofiarą każdego drapieżcy — najwyraźniej nawet samicy.
Choć wzrok Toma doprowadzał mnie do rumieńców, gdy nawet na chwilę nie pozwolił sobie spuścić mnie z zasięgu jego mlecznych tęczówek. Pozwoliłem przełamać tę głupią wyimaginowaną przeze mnie samego granicę i ufnie wtuliłem się w jego tors, nie wnikając w odczuwalne od niego zaskoczenie wymieszane ze zdziwieniem. Wzdrygnął się na sekundkę, słodko zarzuciwszy mi rękę przez talię, dociskając bardziej do siebie. Ciche westchnięcie wydobyło się z jego ust, a ja ze spokojem wsłuchiwałem się w bicie serca Kaulitza.

- Przepraszam cię — Wyszeptałem, gdy poczułem delikatny dotyk na moich spiętych plecach. - Mogłem cię po prostu posłuchać, obeszłoby mnie to wszystko.
I właściwie, nigdy byśmy nie przeszli z naszą znajomością na wyższy poziom, niż wieczne dogryzanie sobie. Może to i dobrze, że tak się stało? Przynajmniej mogłem dostrzec jak bardzo Dredziarz się o mnie martwi; choć nie powiem jak na niego to doprawdy dziwne. Położyłem jedną z dłoni na jego wyrzeźbionym brzuchu, ale gdy poczułem dziwny elektryzujący mnie dreszcz; momentalnie zmieniłem pozycję.
- Bill, to nie twoja wina — Mruknął, poprawiając się odrobinkę. - Skąd mogłeś wiedzieć, że mam rację?
- Stąd, że od zawsze ją masz! Nawet wtedy, gdy mieliśmy pięć lat i mówiłeś mi, że powinienem uważać, bo za niedługo oberwę huśtawką w łepetynę, i co? I oberwałem! Nie posłuchałem cię i dotąd mam bliznę, a Susie płakała ze strachu o mnie parę godzin w tym głupim szpitalu.
- Ale to co innego, Bill. Nie porównuj takiej sytuacji do tego, co teraz się stało. I Susanne już taka jest, dobrze wiesz, że mimo wszystko jesteś jej ulubieńcem i małym Billusiem.
- To kompletnie to samo — Burknąłem, chowając twarz w jego o wiele za dużej koszulce. Wiedziałem, że mu ją chamsko plamię z racji, że mokra i rozmazana maskara dalej znajdowała się na moich rozgrzanych policzkach; ale nie wnikałem w to. Nie dzisiaj, nie w tej chwili, gdy po prostu miałem ochotę iść i rzucić się z mostu. - Od zawsze nie słucham nikogo i uważam się za najmądrzejszego, a potem mam, jestem cholernym egocentrykiem!
- Szukałeś po prostu miłości, jak my wszyscy tutaj — Podniosłem głowę, wbijając swój zmęczony wzrok w czekoladowe tęczówki dresiarza. Uśmiechał się krzywo, głaszcząc z czułością moje czarne kłaki. - Dobrze wiesz, gdzie się znajdujemy, każdy stara się o, choć kawałek miłości. Jedynie nie każdy potrafi się do tego przyznać.

*

TOM

Nie powiem, ten szok w jego tęczówkach doprowadzał mnie do wybuchu śmiechu; ale faktycznie, ja sam się zdziwiłem, gdy z moich ust wypłynęło tak szczere zdanie. To nie było kompletnie do mnie podobne. Co się działo z moim buntowniczym charakterem?
Uśmiechnąłem się niepewnie, przytuliwszy Billa mocniej do siebie; a po chwili poprawiając nas obu do pozycji siedzącej. Było mi... dziwnie? Gdy jego chude ciało w całości leżało na moim i dziwnym cudem odczuwałem przyjemne gorąco; musiałem je przerwać. Cieszyłem się, widząc, jak powoli Bill uspokaja się w moich ramionach.
Czyli to u mnie znalazł to bezpieczeństwo, które zapewne w tej chwili najbardziej potrzebował?
Moje serce przyśpieszyło swój rytm.


*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz