*
BILL
Gdy dotarłem na miejsce, kompletnie nie wiedziałem gdzie pójść.
W SMS-ie dowiedziałem się tylko, że mój blondas znajduje się w centrum, ale gdzie dokładnie? W końcu ono wcale nie było takie malutkie!
Szukałem go wzrokiem między setkami ludzi, którzy właśnie dzisiaj musieli się tu zjawić. Nigdzie jednak nie mogłem dostrzec tych charakterystycznych, mocno niebieskich oczu i ostrej, męskiej twarzy. Zagubiony, skierowałem się do pierwszego lepszego miejsca - którym był McDonald. Zasiadłem na jednym z krzeseł na samym końcu lokalu, wyciągając moje stare dziadostwo z tylnej kieszeni.
BILL
Gdy dotarłem na miejsce, kompletnie nie wiedziałem gdzie pójść.
W SMS-ie dowiedziałem się tylko, że mój blondas znajduje się w centrum, ale gdzie dokładnie? W końcu ono wcale nie było takie malutkie!
Szukałem go wzrokiem między setkami ludzi, którzy właśnie dzisiaj musieli się tu zjawić. Nigdzie jednak nie mogłem dostrzec tych charakterystycznych, mocno niebieskich oczu i ostrej, męskiej twarzy. Zagubiony, skierowałem się do pierwszego lepszego miejsca - którym był McDonald. Zasiadłem na jednym z krzeseł na samym końcu lokalu, wyciągając moje stare dziadostwo z tylnej kieszeni.
Zero oznak, że mnie widział; A więc, najwyraźniej nie rzuciłem mu się w oczy mimo mojego niecodziennego sposobu bycia? A to dziwne.
Z lekkim zdenerwowaniem, wystukałem na telefonie krótkie zdanie.
Ja: Gdzie jesteś?
I zacząłem kolejne żmudne czekanie na odpowiedź, opierając się o zgiętą dłoń. Raport doręczenia przyszedł momentalnie, a ja jedynie mogłem dalej oczekiwać jakiś innych wieści.
Ja: Gdzie jesteś?
I zacząłem kolejne żmudne czekanie na odpowiedź, opierając się o zgiętą dłoń. Raport doręczenia przyszedł momentalnie, a ja jedynie mogłem dalej oczekiwać jakiś innych wieści.
Oczywiście, nie obyło się u mnie bez zbędnego i nadmiernego myślenia. Zastanawiałem się, czy Tom już wrócił do pokoju, i co pomyślał, gdy ujrzał, że mnie nie ma? W końcu ja jestem zawsze.
Nie mam z kim się spotkać, by w ogóle wyjść.
Znaczy się - nie miałem.
Dziś akurat wręcz przeciwne... mam.
Spotykam się z tą osobą, w której istnienie nie wierzył.
Jakie wielkie musiałoby być jego zdziwienie, gdyby tu właśnie się znajdował! Ale go nie ma.
Może nawet nie wie gdzie w ogóle się podziałem...
Ale co go to interesuje? Nic.
.Więc dlaczego o tym myślę? Nie wiem.
Dlaczego muszę być tak cholernie nielogiczny? Nawet sam siebie już powoli nie rozumiem.
Dlaczego muszę być tak cholernie nielogiczny? Nawet sam siebie już powoli nie rozumiem.
Po pięciu minutach ciągłego wdychania tego okropnego zapachu mięsa, w końcu raczyłem się podnieść z miejsca i kierować do drzwi wyjściowych. Nie było go, więc nic tu po mnie. Z reszta, co ze mnie za wegetarianin, jak siedzę wdychając opary biednych, pociachanych zwierzątek, które swe życie niestety kończą w panierce na rozgrzanym oleju.
Skrzywiłem się, kręcąc z niedowierzaniem czarną czupryną.
Jak można dobrowolnie tak krzywdzić żywe istoty?
- Bill! - Usłyszałem za sobą nieznajomy głos, nieco dziwny, przekształcony... jakby pomieszany. Odwróciłem się momentalnie, szukając wzrokiem jego właściciela.
*
TOM
Po tym, jak pofrunąłem do mojego pokoju jak na skrzydłach; uświadomiłem sobie, że właściwie Bill ma własne życie.
- Bill! - Usłyszałem za sobą nieznajomy głos, nieco dziwny, przekształcony... jakby pomieszany. Odwróciłem się momentalnie, szukając wzrokiem jego właściciela.
*
TOM
Po tym, jak pofrunąłem do mojego pokoju jak na skrzydłach; uświadomiłem sobie, że właściwie Bill ma własne życie.
Do którego nie mam prawa się wtrącać.
Przecież mnie sam już nie raz i nie dwa o tym uświadomił.
Miałem zmienić moje zachowanie, a chwilowo jedynie co raz bardziej się pogrążałem w chorym uczuciu do tego człowieka. Nawet teraz, leżąc na moim łóżku mogłem poczuć jego zapach; nie wiem, jakim cudem.
Miałem zmienić moje zachowanie, a chwilowo jedynie co raz bardziej się pogrążałem w chorym uczuciu do tego człowieka. Nawet teraz, leżąc na moim łóżku mogłem poczuć jego zapach; nie wiem, jakim cudem.
Siedział tu, gdy mnie nie było?
Nie zauważyłem by kiedykolwiek jeszcze zbliżał się do czegoś co nalezało do mojej osoby po tym, gdy znalazłem go śpiącego.
Był wtedy taki słodki, że niemal mogłem zapaść się pod ziemie z tego dziwnego odczucia w moim brzuchu. Jakby rozpętał się tam huragan - a nawet gorzej!
Tornado!
Westchnąłem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
Co mi się stało? Kto jak kto, ale żebym ja się tak zachowywał?
Żeby u mnie zbudziły się tak zawsze dalekie uczucia?
Dlaczego tak nagle? Przecież mógłbym przysiąc, że na samiuteńkim początku wolałbym go zabić własnymi rękoma i zakopać, niż jakkolwiek inaczej potraktować.
Był cholernie upartą divą!
Warknąłem coś po nosem, wtulając go w poduszkę.
Warknąłem coś po nosem, wtulając go w poduszkę.
Tom, ogarnij się, błagam. Odnajdź dawnego siebie...
-
Spojrzawszy na zegarek, zakląłem siarczyście w duchu.
Powoli wybijała dziewiąta wieczór, a po Czarnym jak nie było; tak i nie ma śladu.
Jedyne co sobie powtarzałem w moim rozbieganym umyśle to fakt, że nie mam prawa wtrącać się w jego życie, związek i właściwie wszystkie inne sprawy.
-
Spojrzawszy na zegarek, zakląłem siarczyście w duchu.
Powoli wybijała dziewiąta wieczór, a po Czarnym jak nie było; tak i nie ma śladu.
Jedyne co sobie powtarzałem w moim rozbieganym umyśle to fakt, że nie mam prawa wtrącać się w jego życie, związek i właściwie wszystkie inne sprawy.
Niestety, cholernie się do tego nie nadawałem! Ja musiałem wiedzieć, że wszystko z nim dobrze, inaczej - po prostu oszaleje i będą zmuszeni wysłać mnie do psychiatryka.
Wystarczyłby choć jeden krótki esemes; nawet tego się nie doczekałem.
Moje zdenerwowanie w danej chwili sięgnęło apogeum; gdy w końcu postanowiłem po prostu poprosić o jakąkolwiek informację na jego temat Susie.
Wystarczyłby choć jeden krótki esemes; nawet tego się nie doczekałem.
Moje zdenerwowanie w danej chwili sięgnęło apogeum; gdy w końcu postanowiłem po prostu poprosić o jakąkolwiek informację na jego temat Susie.
W końcu kto, jak nie ona, wiedziałby lepiej gdzie Czarny się podział?
Ubrałem się szybko w jakiś pierwszy lepszy dres, wychodząc z naszego miejsca. Nie musiałem nawet dalej pójść; gdyż roztrzęsiona Susie sama w sobie do mnie przybyła, dobijając do mojego torsu. Spojrzałem na niziutką postać, marszcząc brwi.
- Co się stało? - Zapytałem niepewnie, gdy ta ocierała rękawem łzy. Delikatnie ją do siebie przyciągnąłem, jeżdżąc prawą dłonią
Ubrałem się szybko w jakiś pierwszy lepszy dres, wychodząc z naszego miejsca. Nie musiałem nawet dalej pójść; gdyż roztrzęsiona Susie sama w sobie do mnie przybyła, dobijając do mojego torsu. Spojrzałem na niziutką postać, marszcząc brwi.
- Co się stało? - Zapytałem niepewnie, gdy ta ocierała rękawem łzy. Delikatnie ją do siebie przyciągnąłem, jeżdżąc prawą dłonią
po telepiących się plecach.
O co mogło chodzić? Znaczy się, odkąd pamiętam, nasza opiekunka była niezwykle podatna na wszystko; potrafiła nawet rozpłakać się ze wzruszenia na zwykłej reklamie, a gdy jakieś dziecko odchodziło z naszych kręgów do nowej rodziny; to ona najtrudniej to przeżywała.
Była chodzącą Matką Teresą, ale każdy z nas tutaj traktował ją jak własną rodzicielkę.
- Bill nie dawał znaku życia od paru dobrych godzin, Tom. Zaczynam się martwić, że coś się stało - Wydukała z siebie, wzdychając cicho pod zadartym nosem. Pokiwałem z politowaniem głową, gdy uświadomiłem sobie o jakie głupstwo po raz kolejny ta młoda dama roni łzy.
- Susie, nie płacz. Właśnie miałem iść go poszukać, obiecuję, że go znajdę i doniosę na miejsce nim w ogóle zdążysz się obejrzeć, dobrze?
- Nie, Tom - Potrząsnęła głową, oddalając się ode mnie; by jakoś spojrzeć mi w oczy, mimo, że jej metr pięćdziesiąt osiem o wiele jej to utrudniało.
- Bill nie dawał znaku życia od paru dobrych godzin, Tom. Zaczynam się martwić, że coś się stało - Wydukała z siebie, wzdychając cicho pod zadartym nosem. Pokiwałem z politowaniem głową, gdy uświadomiłem sobie o jakie głupstwo po raz kolejny ta młoda dama roni łzy.
- Susie, nie płacz. Właśnie miałem iść go poszukać, obiecuję, że go znajdę i doniosę na miejsce nim w ogóle zdążysz się obejrzeć, dobrze?
- Nie, Tom - Potrząsnęła głową, oddalając się ode mnie; by jakoś spojrzeć mi w oczy, mimo, że jej metr pięćdziesiąt osiem o wiele jej to utrudniało.
Należałem tu do tych najwyższych chłopaków, nie ma się co oszukiwać. Dlatego też dałem radę dojść niezwykle wysoko jako nowy w koszykarskim klubie naszej szkoły.
No, ale nie o tym była teraz mowa.
Chwyciłem ją delikatnie za ramię, próbując w ten sposób dodać otuchy. - Nie mogę cię puścić samego o tej porze na dwór.
- Wierzysz, że mi by się coś stało? - Zapytałem z ironią, podnosząc jedną z moich krzaczastych brwi. No co jak co, ale u nas nikt lepiej nie potrafił bronić siebie i innych - jak ja sam. Przecież to mnie już nie raz w życiu musiała opieprzyć, jak przyłoiłem jakiemuś cwaniakowi na ulicy; jak zwykle, wychodząc z tego bez najmniejszego szwanku.
- Wierzysz, że mi by się coś stało? - Zapytałem z ironią, podnosząc jedną z moich krzaczastych brwi. No co jak co, ale u nas nikt lepiej nie potrafił bronić siebie i innych - jak ja sam. Przecież to mnie już nie raz w życiu musiała opieprzyć, jak przyłoiłem jakiemuś cwaniakowi na ulicy; jak zwykle, wychodząc z tego bez najmniejszego szwanku.
Takie prawo dzielnicy; nauczyłem się go nawet wspak.
Prychnęła cichutko, otulając się ramionami.
- Dobrze Tom, tym razem pozwalam ci wyjść, ale jak mi go do godziny nie znajdziesz, to wracaj tu i zawiadomimy dyrektora ośrodka, by jakoś nas uratował.
- Bez obaw, Bensa nie będziemy musieli w to wciągać. Nikt nie zna tego głupka mimo wszystko lepiej ode mnie.
*
BILL
Gdzieś w oddali dostrzegłem wysokiego blondyna z podobną posturą do Andreasa (no bo jakoś to przecież mogłem ocenić po zdjęciu), więc bez najmniejszego namysłu po prostu skierowałem się w tamtą stronę. Mężczyzna stał tyłem, ubrany w zwykłe dżinsy i jakieś polo podobne do tych od Ralpha Laurena. Może i nawet z tej firmy, trudno mi chwilowo to ocenić. Stojąc już tylko parę centymetrów od mojego celu, zacząłem się denerwować znów tak samo bardzo (nawet bardziej), aniżeli rano.
- Dobrze Tom, tym razem pozwalam ci wyjść, ale jak mi go do godziny nie znajdziesz, to wracaj tu i zawiadomimy dyrektora ośrodka, by jakoś nas uratował.
- Bez obaw, Bensa nie będziemy musieli w to wciągać. Nikt nie zna tego głupka mimo wszystko lepiej ode mnie.
*
BILL
Gdzieś w oddali dostrzegłem wysokiego blondyna z podobną posturą do Andreasa (no bo jakoś to przecież mogłem ocenić po zdjęciu), więc bez najmniejszego namysłu po prostu skierowałem się w tamtą stronę. Mężczyzna stał tyłem, ubrany w zwykłe dżinsy i jakieś polo podobne do tych od Ralpha Laurena. Może i nawet z tej firmy, trudno mi chwilowo to ocenić. Stojąc już tylko parę centymetrów od mojego celu, zacząłem się denerwować znów tak samo bardzo (nawet bardziej), aniżeli rano.
Bałem się jego reakcji na mój widok, nie mogłem przecież przewidzieć tego jak sie zachowa.
Może to samo w sobie było jedną wielką bujdą, a ja głupi narobiłem sobie nadzieję jak taki typowy naiwny nastolatek bezwiedny znaczenia słowa ostrożność?
Teraz już było zdecydowanie za późno by się nad tym zastanowić, dotknąłem delikatnie jego pleców, starając się zwrócić jego uwagę na mnie. Blondyn odwrócił się chaotycznie, a ja głupi stałem jak słup soli, nie wiedząc co powiedzieć. Wielka gula w gardle jeszcze bardziej się powiększyła, a ja nie potrafiłem jej przełknąć. Niebieskie tęczówki chłopaka spoglądały na mnie uważnie, obserwując każdy ruch mojej skamieniałej twarzy.
Pomyliłem osoby, to nie on!
- Nie dotykaj mnie, pedale - Warknął niemiło, odchodząc oburzony.
Więc kto do mnie krzyczał? Przesłyszałem się?
Nawet nie zwracając uwagi na to, kim mnie właśnie nazwał ten mężczyzna, mój wzrok po raz kolejny zaczął ilustrować dziesiątki ludzi którzy tutaj się znajdowało.
Teraz już było zdecydowanie za późno by się nad tym zastanowić, dotknąłem delikatnie jego pleców, starając się zwrócić jego uwagę na mnie. Blondyn odwrócił się chaotycznie, a ja głupi stałem jak słup soli, nie wiedząc co powiedzieć. Wielka gula w gardle jeszcze bardziej się powiększyła, a ja nie potrafiłem jej przełknąć. Niebieskie tęczówki chłopaka spoglądały na mnie uważnie, obserwując każdy ruch mojej skamieniałej twarzy.
Pomyliłem osoby, to nie on!
- Nie dotykaj mnie, pedale - Warknął niemiło, odchodząc oburzony.
Więc kto do mnie krzyczał? Przesłyszałem się?
Nawet nie zwracając uwagi na to, kim mnie właśnie nazwał ten mężczyzna, mój wzrok po raz kolejny zaczął ilustrować dziesiątki ludzi którzy tutaj się znajdowało.
Kto mnie wolał?
*
TOM
Wyszedłem na dwór tak jak stałem, nawet nie myśląc nad ubraniem jakiejkolwiek bluzy, albo chociaż głupiego swetra!
*
TOM
Wyszedłem na dwór tak jak stałem, nawet nie myśląc nad ubraniem jakiejkolwiek bluzy, albo chociaż głupiego swetra!
Po prostu byłem zbyt zajęty myśleniem, gdzie mógł podziać się Bill i co z nim zrobię, gdy w końcu dorwę tę chudą kreaturę w moje ręce! Nie wywinie się łatwo, oj nie.
Umierałem już powoli ze strachu, gdy między tym wszystkim zdążyła wybić dwudziesta trzecia, a po Czarnym dalej byl brak jakiegokolwiek śladu.
Umierałem już powoli ze strachu, gdy między tym wszystkim zdążyła wybić dwudziesta trzecia, a po Czarnym dalej byl brak jakiegokolwiek śladu.
Nawet teraz!
Dwie ostatnie godziny spędziłem na szukaniu go po całym naszym miasteczku, zmarznięty do szpiku kości. Susanna już pewnie umierała ze strachu o nas, ale dobrze wiedziałem, że jeszcze nie zadzwoniła po dyrektora.
Nie odważyłaby się, za bardzo mi ufa by uwierzyć w to,że nie wrócę.
Stanąłem przed bramą bidula, przyglądając się uważnie w każdą stronę świata, gdy na dachu mogłem ujrzeć znajomą mi sylwetkę. Spojrzałem tam uważniej i dostrzegłem go.
Siedział tam na górze, otulając się rękoma o zmarznięte ramiona i nawet nie zwrócił na mnie uwagi!
Zmarszczyłem gniewnie brwi, kierując się do głównych drzwi naszego "domu".
-
Nie ruszył się nawet o milimetr.
Dalej grzał dupsko na tym zimnym betonie przy samym krańcu budynku, cicho i tępo wgapiając się w przestrzeń przed sobą. Gwiazdy oświetlały całe niebo, a księżyc w pełni doprawiał tę niesamowitą scenerię jeszcze nutką romantyzmu Westchnąłem cicho, podchodząc powolutku do zziębniętej postaci.
Zauważył moją obecność dopiero wtedy, gdy okryłem jego ramiona ciepłym, puchatym kocem który od lat leży nienaruszany na jego łóżku. Kochał go chyba najbardziej na świecie.
Uśmiechnął się do mnie blado, gdy na chwilę oderwał wzrok od ciemności. Mogłem mimo tak krótkiego czasu zaobserwować zaschnięte, a może i zamarznięte krople łez na jego bladych policzkach.
Moje serce zaczęło powoli kroić się na coraz to mniejsze kawałeczki, gdy w jego zwykle roziskrzonych tęczówkach rozbrzmiewał smutek, krzycząc najgłośniej jak tylko potrafił. To nie ten Bill którego znam, co takiego mogło się stać?
Usiadłem obok, kradnąc kawałek kocyka by choć trzymać jakikolwiek ciepły materiał w mojej zmarzniętej dłoni. Ten znów czując mój chłód odchylił kołdrę, pozwoliwszy mi wsunąć się do środka obok niego. W końcu poczułem jak się rozluźniam i nawet gniew wyparował ode mnie momentalnie, gdy uświadomiłem sobie, że nic mu nie jest. Jest tutaj, obok mnie, najbliżej jak tylko się da i to mi wystarczy. Nie potrzebuje już większej dawki pewności; choć nie pogardziłbym wiedzą co dokładnie się stało.
Byliśmy cicho, nikt nie odważył się odezwać pierwszy. Obserwowaliśmy gwiazdy, ogrzewając się nawzajem. Jednak powoli zacząłem się denerwować, rządny jakichkolwiek wyjaśnień z jego strony.
-
- Miałeś rację Tom, jestem tak cholernie naiwny, aż to boli - Westchnął, przerywając w końcu tę irytującą ciszę. Otuliłem go ramieniem, widząc kolejne mokre krople w jego brązowych oczach. Ufnie wtulił się w mój bok, łkając cichutko pod noskiem. - Dlaczego uwierzyłem, że on istnieje? Dlaczego nie mogłem od razu przyznać ci racji? Przecież ty nigdy się nie mylisz...
- Cichutko maleńki, jestem tutaj, nie płacz już - Uspokajałem go, nie chcąc widzieć tego cholernego cierpienia. Zresztą, czego mogłem chcieć więcej? Już wiedziałem wszystko.
To mi wystarczyło.
Siedział tam na górze, otulając się rękoma o zmarznięte ramiona i nawet nie zwrócił na mnie uwagi!
Zmarszczyłem gniewnie brwi, kierując się do głównych drzwi naszego "domu".
-
Nie ruszył się nawet o milimetr.
Dalej grzał dupsko na tym zimnym betonie przy samym krańcu budynku, cicho i tępo wgapiając się w przestrzeń przed sobą. Gwiazdy oświetlały całe niebo, a księżyc w pełni doprawiał tę niesamowitą scenerię jeszcze nutką romantyzmu Westchnąłem cicho, podchodząc powolutku do zziębniętej postaci.
Zauważył moją obecność dopiero wtedy, gdy okryłem jego ramiona ciepłym, puchatym kocem który od lat leży nienaruszany na jego łóżku. Kochał go chyba najbardziej na świecie.
Uśmiechnął się do mnie blado, gdy na chwilę oderwał wzrok od ciemności. Mogłem mimo tak krótkiego czasu zaobserwować zaschnięte, a może i zamarznięte krople łez na jego bladych policzkach.
Moje serce zaczęło powoli kroić się na coraz to mniejsze kawałeczki, gdy w jego zwykle roziskrzonych tęczówkach rozbrzmiewał smutek, krzycząc najgłośniej jak tylko potrafił. To nie ten Bill którego znam, co takiego mogło się stać?
Usiadłem obok, kradnąc kawałek kocyka by choć trzymać jakikolwiek ciepły materiał w mojej zmarzniętej dłoni. Ten znów czując mój chłód odchylił kołdrę, pozwoliwszy mi wsunąć się do środka obok niego. W końcu poczułem jak się rozluźniam i nawet gniew wyparował ode mnie momentalnie, gdy uświadomiłem sobie, że nic mu nie jest. Jest tutaj, obok mnie, najbliżej jak tylko się da i to mi wystarczy. Nie potrzebuje już większej dawki pewności; choć nie pogardziłbym wiedzą co dokładnie się stało.
Byliśmy cicho, nikt nie odważył się odezwać pierwszy. Obserwowaliśmy gwiazdy, ogrzewając się nawzajem. Jednak powoli zacząłem się denerwować, rządny jakichkolwiek wyjaśnień z jego strony.
-
- Miałeś rację Tom, jestem tak cholernie naiwny, aż to boli - Westchnął, przerywając w końcu tę irytującą ciszę. Otuliłem go ramieniem, widząc kolejne mokre krople w jego brązowych oczach. Ufnie wtulił się w mój bok, łkając cichutko pod noskiem. - Dlaczego uwierzyłem, że on istnieje? Dlaczego nie mogłem od razu przyznać ci racji? Przecież ty nigdy się nie mylisz...
- Cichutko maleńki, jestem tutaj, nie płacz już - Uspokajałem go, nie chcąc widzieć tego cholernego cierpienia. Zresztą, czego mogłem chcieć więcej? Już wiedziałem wszystko.
To mi wystarczyło.
Okazał się zwykłą suką.
*
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz