*
BILL
Andreas: Jak mógłbyś scharakteryzować siebie?
Andreas: Dziś jest nasz dzień.
*
Jak mógłbym scharakteryzować siebie?
Westchnąłem, podnosząc swoje obolałe kości z łóżka.
Dlaczego ten człowiek zawsze musiał zadawać mi takie dziwne pytania?
Przez chęć poznania mnie, czy jak inaczej to mogłem zrozumieć? Skrzywiłem się delikatnie.
Mimo wszystko, rozmyślałem nad jego SMS-em; jak zwykle udało mu się wyrwać mnie z zamyślenia zwykłym zdaniem zakończonym pytajnikiem, nawet nie jakoś wielce długim!
Jak on to robił?
Każdego cholernego dnia ta sama strategia, by dowiadywać się jak najwięcej o mnie.
Jakby na siłę chciał poznać cały świat — Czułem się powoli nim osaczony.
To wszystko było samo w sobie pokręcone, ale ciągłe pytania i wymuszanie odpowiedzi już przewyższało szalę.
Właściwie, to nietrudno mnie scharakteryzować. Głupek, myśli więcej nad innymi niż sobą samym, zaślepiony jak kret i tchórzliwy; niepewny jutra, stawiający kroki na niezwykle cienkim lodzie — jakim był sam pan Kaulitz.
Był skrajnością mojego charakteru; ale uwielbiałem to. Nie mogłem sobie wyobrazić dredziarza z moimi cechami; po prostu, nie nadawały się dla tego człowieka. Był zbyt idealny, by kreować się na pobłażliwego, należał do samców alfa, najsilniejszych w stadzie, oślepiających każdego wokół siebie; razem ze mną. Nie do tej najzwyklejszej rasy, która w czasie polowań idzie jako pierwsza na odstrzał. Powoli i nieświadomie ciągnął mnie ze sobą w przepaść, do której nie chciałem wpadać.
Bałem się tego jak ognia, choć nie miałem powodu. On nigdy mnie nie zawiódł.
Jedynym moim błędem był fakt, że moje zaślepienie Andreasem sięga limitu — i nie wiedziałem co z tym zrobić.
Za dużo razem, za dużo o mnie wie, za bardzo się boje jakkolwiek tutaj działać.
Westchnąłem, orzeźwiając z zagmatwanych myśli. Dlaczego zawsze musiał się z nich pojawiać właśnie Tom? Nikt inny! To frustrujące. Wolałbym rozmyślać o moim chłopaku; ale nie potrafię. Wole widzieć przed oczami słodką twarzyczkę bruneta, niż tę przesadnię męską blondyna.
Skrzywiłem się mimowolnie, podchodząc do swojej komody. Dziś miałem się z nim spotkać — i sam nie wiedziałem, o czym myśleć i gdzie sobie głowę wsadzić, naprawdę.
Miałem kompletny brak pomysłu na dzisiejszy dzień, najchętniej zamknąłbym się w pokoju, bazgroląc coś w moim ukochanym zeszycie — ale nie. Billowi zachciało się chłopaka i teraz zmuszony jest się z nim widzieć!
Chociaż, czy ja na pewno miałem na to ochotę?
*
Andreas: Jestem w pociągu, jadę do Ciebie.
-
Przełknąłem nagle nagromadzoną ślinę, sapiąc pod nosem. Byłem już ubrany i wypindrzony; włosy wyprostowałem, by idealnie okalały moją twarz, oczy podkreśliłem czarną kredką, a na ustach rozsmarowałem delikatny błyszczyk. Ubrany w czarne obcisłe rurki, czarną bluzę i białe trampki siedziałem na łóżku współlokatora, czekając na tę cholerną osiemnastą.
Mimowolnie rozmyślałem co chwilę o tym, gdzie znów podział się mop?
BILL
Andreas: Jak mógłbyś scharakteryzować siebie?
Andreas: Dziś jest nasz dzień.
*
Jak mógłbym scharakteryzować siebie?
Westchnąłem, podnosząc swoje obolałe kości z łóżka.
Dlaczego ten człowiek zawsze musiał zadawać mi takie dziwne pytania?
Przez chęć poznania mnie, czy jak inaczej to mogłem zrozumieć? Skrzywiłem się delikatnie.
Mimo wszystko, rozmyślałem nad jego SMS-em; jak zwykle udało mu się wyrwać mnie z zamyślenia zwykłym zdaniem zakończonym pytajnikiem, nawet nie jakoś wielce długim!
Jak on to robił?
Każdego cholernego dnia ta sama strategia, by dowiadywać się jak najwięcej o mnie.
Jakby na siłę chciał poznać cały świat — Czułem się powoli nim osaczony.
To wszystko było samo w sobie pokręcone, ale ciągłe pytania i wymuszanie odpowiedzi już przewyższało szalę.
Właściwie, to nietrudno mnie scharakteryzować. Głupek, myśli więcej nad innymi niż sobą samym, zaślepiony jak kret i tchórzliwy; niepewny jutra, stawiający kroki na niezwykle cienkim lodzie — jakim był sam pan Kaulitz.
Był skrajnością mojego charakteru; ale uwielbiałem to. Nie mogłem sobie wyobrazić dredziarza z moimi cechami; po prostu, nie nadawały się dla tego człowieka. Był zbyt idealny, by kreować się na pobłażliwego, należał do samców alfa, najsilniejszych w stadzie, oślepiających każdego wokół siebie; razem ze mną. Nie do tej najzwyklejszej rasy, która w czasie polowań idzie jako pierwsza na odstrzał. Powoli i nieświadomie ciągnął mnie ze sobą w przepaść, do której nie chciałem wpadać.
Bałem się tego jak ognia, choć nie miałem powodu. On nigdy mnie nie zawiódł.
Jedynym moim błędem był fakt, że moje zaślepienie Andreasem sięga limitu — i nie wiedziałem co z tym zrobić.
Za dużo razem, za dużo o mnie wie, za bardzo się boje jakkolwiek tutaj działać.
Westchnąłem, orzeźwiając z zagmatwanych myśli. Dlaczego zawsze musiał się z nich pojawiać właśnie Tom? Nikt inny! To frustrujące. Wolałbym rozmyślać o moim chłopaku; ale nie potrafię. Wole widzieć przed oczami słodką twarzyczkę bruneta, niż tę przesadnię męską blondyna.
Skrzywiłem się mimowolnie, podchodząc do swojej komody. Dziś miałem się z nim spotkać — i sam nie wiedziałem, o czym myśleć i gdzie sobie głowę wsadzić, naprawdę.
Miałem kompletny brak pomysłu na dzisiejszy dzień, najchętniej zamknąłbym się w pokoju, bazgroląc coś w moim ukochanym zeszycie — ale nie. Billowi zachciało się chłopaka i teraz zmuszony jest się z nim widzieć!
Chociaż, czy ja na pewno miałem na to ochotę?
*
Andreas: Jestem w pociągu, jadę do Ciebie.
-
Przełknąłem nagle nagromadzoną ślinę, sapiąc pod nosem. Byłem już ubrany i wypindrzony; włosy wyprostowałem, by idealnie okalały moją twarz, oczy podkreśliłem czarną kredką, a na ustach rozsmarowałem delikatny błyszczyk. Ubrany w czarne obcisłe rurki, czarną bluzę i białe trampki siedziałem na łóżku współlokatora, czekając na tę cholerną osiemnastą.
Mimowolnie rozmyślałem co chwilę o tym, gdzie znów podział się mop?
Poszedł do jakiegoś klubu?
Ścisnąłem bezwiednie dłonie w pięść, uspokajając się, dopiero gdy zrozumiałem, że jest za wczesna godzina by mógł się teraz już gdzieś wybrać.
Do tego, przecież nie ma go od rana, a musiałby się jakoś tak... no... nie wiem, przygotować? Westchnąłem pod nosem, krzywiąc się nieznacznie. Nie pamiętałem, nawet kiedy ostatnio Tom był po południu w naszym pokoju.
Do tego, przecież nie ma go od rana, a musiałby się jakoś tak... no... nie wiem, przygotować? Westchnąłem pod nosem, krzywiąc się nieznacznie. Nie pamiętałem, nawet kiedy ostatnio Tom był po południu w naszym pokoju.
Tak jak dawniej siedział cały czas; tak teraz znikał wcześnie rano i wracał bardzo późno w nocy.
A ja? Ja się martwiłem.
A ja? Ja się martwiłem.
Bałem się o niego; choć nie powinienem.
Bo dlaczego? To tylko mój współlokator.
Ma prawo robić co chce!
Tak Bill, oszukujmy się dalej; przecież tak bardzo lubisz to robić.
Mój umysł mnie nienawidzi.
*
Andreas: Jestem już w centrum, dojeżdżasz?
-
Czułem, jak pocą mi się dłonie, gdy siedząc w metrze, spojrzałem na najświeższą wiadomość. Wysłana pięć minut temu; a ja nie miałem odwagi odpisać.
Tom nie wrócił do tego czasu; więc nawet nie mogłem go poinformować, gdzie jadę; gdyby Andreas okazał się czterdziestoletnim Hansem z kotkami w piwnicy, które chętnie by mi pokazał.
Mój umysł mnie nienawidzi.
*
Andreas: Jestem już w centrum, dojeżdżasz?
-
Czułem, jak pocą mi się dłonie, gdy siedząc w metrze, spojrzałem na najświeższą wiadomość. Wysłana pięć minut temu; a ja nie miałem odwagi odpisać.
Tom nie wrócił do tego czasu; więc nawet nie mogłem go poinformować, gdzie jadę; gdyby Andreas okazał się czterdziestoletnim Hansem z kotkami w piwnicy, które chętnie by mi pokazał.
Chociaż skoro nie mieszka w Lipsku, a jedynie dziś przyjechał tu dla mnie, to jego kotki mi nie grożą, prawda?
Och, Bill! Do cholery, o czym ty myślisz?
Jesteś aż do tego stopnia chodzącym pesymistą?
Oparłem głowę o zimną szybę okna, wpatrując się w mijające przez nas postury ludzi. Byłem coraz bliżej celu; a mój strach rósł z każdą najmniejszą sekundą. Od rana coś nie dawało mi nawet na chwilę spokoju, nie wiedziałem tylko; co to takiego?
Och, Bill! Do cholery, o czym ty myślisz?
Jesteś aż do tego stopnia chodzącym pesymistą?
Oparłem głowę o zimną szybę okna, wpatrując się w mijające przez nas postury ludzi. Byłem coraz bliżej celu; a mój strach rósł z każdą najmniejszą sekundą. Od rana coś nie dawało mi nawet na chwilę spokoju, nie wiedziałem tylko; co to takiego?
Bałem się, bałem się tak cholernie.
Potrzebowałem go właśnie jak nigdy dotąd.
*
TOM
Kroczyłem zdenerwowanym krokiem po Uni; chcąc wrócić już powoli do Bidula.
Nie miałem na nic siły; marzyłem jedynie o cudownym prysznicu i randce z moich ukochanym łóżkiem — ono najlepiej mnie chyba rozumie.
Odkąd zapisałem się na kosza, nie miałem nawet najmniejszej dawki energii (przez codziennie treningi) i ochoty na cokolwiek! Choćby na imprezę; a to już coś.
Moje życie zamieniło się w codzienną w rutynę, gdy tak na siłę próbowałem omijać czarnulka szerokim łukiem. Moje popołudnie polegało tylko na koszykówce (choć trener sam się zastanawia, jakim cudem nagle zdecydowałem się dołączyć do drużyny) i ciągnęło się to... aż do samego wieczora.
Później wracałem do pokoju, licząc, że mały już śpi — i spał.
Pozwalając sobie wtedy tylko na krótkie spojrzenie w jego stronę, kąpiel i sen.
No, prócz tej jednej nocy, gdy nie mogłem zasnąć ze świadomością, że na dworze rozpętał się najprawdziwszy huragan, a Bill właśnie trzęsąc się umiera ze strachu.
I po upewnieniu się co do mojej racji, wstałem, kierując się w stronę jego łóżka. Ten znów bez protestu pozwolił mi położyć się obok siebie, wtulając w mój brzuch.
Zasnął niemal od razu, a ja?
Ja nie potrafiłem pozwolić sobie na sen, widząc tę piękną twarz w pełnej odsłonie.
Księżycowa biel odbijała się od jego mlecznej skóry; wyglądał jak anioł.
Zacząłem żałować, że pozwoliłem sobie się poddać; i zerwać maskę aroganta... choć na tę chwilę.
-
Ciężka sportowa torba opadła mi z ramienia, gdy o moją szyję owinęły się kobiece dłonie Amber.
Spojrzałem na nią z niezrozumieniem, gdy ta przyglądała mi się lubieżnie.
Potrzebowałem go właśnie jak nigdy dotąd.
*
TOM
Kroczyłem zdenerwowanym krokiem po Uni; chcąc wrócić już powoli do Bidula.
Nie miałem na nic siły; marzyłem jedynie o cudownym prysznicu i randce z moich ukochanym łóżkiem — ono najlepiej mnie chyba rozumie.
Odkąd zapisałem się na kosza, nie miałem nawet najmniejszej dawki energii (przez codziennie treningi) i ochoty na cokolwiek! Choćby na imprezę; a to już coś.
Moje życie zamieniło się w codzienną w rutynę, gdy tak na siłę próbowałem omijać czarnulka szerokim łukiem. Moje popołudnie polegało tylko na koszykówce (choć trener sam się zastanawia, jakim cudem nagle zdecydowałem się dołączyć do drużyny) i ciągnęło się to... aż do samego wieczora.
Później wracałem do pokoju, licząc, że mały już śpi — i spał.
Pozwalając sobie wtedy tylko na krótkie spojrzenie w jego stronę, kąpiel i sen.
No, prócz tej jednej nocy, gdy nie mogłem zasnąć ze świadomością, że na dworze rozpętał się najprawdziwszy huragan, a Bill właśnie trzęsąc się umiera ze strachu.
I po upewnieniu się co do mojej racji, wstałem, kierując się w stronę jego łóżka. Ten znów bez protestu pozwolił mi położyć się obok siebie, wtulając w mój brzuch.
Zasnął niemal od razu, a ja?
Ja nie potrafiłem pozwolić sobie na sen, widząc tę piękną twarz w pełnej odsłonie.
Księżycowa biel odbijała się od jego mlecznej skóry; wyglądał jak anioł.
Zacząłem żałować, że pozwoliłem sobie się poddać; i zerwać maskę aroganta... choć na tę chwilę.
-
Ciężka sportowa torba opadła mi z ramienia, gdy o moją szyję owinęły się kobiece dłonie Amber.
Spojrzałem na nią z niezrozumieniem, gdy ta przyglądała mi się lubieżnie.
Co tu się właśnie dzieje? Myślałem, że dziewczyny ze szkoły dały już sobie spokój, widząc brak mojego zainteresowania.
- Amber, skarbie, nie pij dziś już więcej — Uśmiechnąłem się miło, delikatnie odpychając od siebie szatynkę. Ta zaś zachichotała jedynie pod nosem, kładąc dłoń na moim wyćwiczonym torsie.
- Pamiętasz Tommy te piękne chwile na imprezie Marco? - Zapytała, zagryzając wargę i siląc się na niezwykle seksowny głos — niestety nie dla mnie.
Chwyciłem znów za torbę, układając ją tak, jak była chwile temu.
- Mówiłeś, że mam się odezwać po więcej, więc... - Przerwałem jej te wywody; podnosząc prawą rękę.
- Tak Amber, ale jestem zmęczony, mój współlokator właśnie pewnie się uczy, a ja nie mam dziś najmniejszej ochoty na jeszcze jakiś wysiłek. Zwłaszcza myślenie.
- Bill? No to mamy jeden kłopot mniej — Zaśmiała się drugi raz, a ja świetnie rozumiejąc jej aluzję; jakimś cudem się wzdrygnąłem. Zmarszczyłem brwi, przyglądając się jej niepewnie. - Do tego przy seksie nie jest potrzebne...
- Jak to? - przerwałem jej momentalnie, nie chcąc słuchać o pierdołach, które szczerze powiedziawszy miałem głęboko w dupie. Interesowało mnie tylko jedno zdanie i tylko jedna osoba. Czarny.
- Pojechał pod wieczór na miasto, poinformował nas wszystkich o swojej randce w centrum.
Randce; słowo, które odbijało się z każdej części mojego umysłu.
Spotkanie z chłopakiem?
Z Andreasem?
Widzi się dziś z tym frajerem, a ja nic nie wiem!?
Ścisnąłem dłonie w pięści, odchodząc od dziewczyny.
- Amber, skarbie, nie pij dziś już więcej — Uśmiechnąłem się miło, delikatnie odpychając od siebie szatynkę. Ta zaś zachichotała jedynie pod nosem, kładąc dłoń na moim wyćwiczonym torsie.
- Pamiętasz Tommy te piękne chwile na imprezie Marco? - Zapytała, zagryzając wargę i siląc się na niezwykle seksowny głos — niestety nie dla mnie.
Chwyciłem znów za torbę, układając ją tak, jak była chwile temu.
- Mówiłeś, że mam się odezwać po więcej, więc... - Przerwałem jej te wywody; podnosząc prawą rękę.
- Tak Amber, ale jestem zmęczony, mój współlokator właśnie pewnie się uczy, a ja nie mam dziś najmniejszej ochoty na jeszcze jakiś wysiłek. Zwłaszcza myślenie.
- Bill? No to mamy jeden kłopot mniej — Zaśmiała się drugi raz, a ja świetnie rozumiejąc jej aluzję; jakimś cudem się wzdrygnąłem. Zmarszczyłem brwi, przyglądając się jej niepewnie. - Do tego przy seksie nie jest potrzebne...
- Jak to? - przerwałem jej momentalnie, nie chcąc słuchać o pierdołach, które szczerze powiedziawszy miałem głęboko w dupie. Interesowało mnie tylko jedno zdanie i tylko jedna osoba. Czarny.
- Pojechał pod wieczór na miasto, poinformował nas wszystkich o swojej randce w centrum.
Randce; słowo, które odbijało się z każdej części mojego umysłu.
Spotkanie z chłopakiem?
Z Andreasem?
Widzi się dziś z tym frajerem, a ja nic nie wiem!?
Ścisnąłem dłonie w pięści, odchodząc od dziewczyny.
Krzyczała coś jeszcze za mną, ale nie miałem czasu na żadne głupoty; musiałem się dowiedzieć kto to, jak to i GDZIE TO.
*
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz