środa, 1 marca 2017

I will show you the truth, 004.


*


TOM



Włócząc się szkolnym korytarzem na kolejną nudną lekcję; poczułem mocne szarpnięcie za lewą dłoń i nim zdążyłem w ogóle się zorientować kto co i jak, już znajdowałem się w męskiej ubikacji. Dokładniej; w jednej z tych obrzydliwie śmierdzących kabin. Podniosłem zmęczony wzrok na czarnowłosego, który siedział na jednej z wypukłych wypustek w ścianie, uważnie mi się przyglądając. Zmrużyłem brwi, nie bardzo rozumiejąc daną sytuację. O co mu chodzi? Ostatnio stwierdził, że mam mu dać spokój i nie wtrącać się w jego sprawy, uczucia i inne takie duperele, a teraz co? Sam mnie zmusza do wyrażania mojego zdania i to jeszcze na siłę; bo przecież już zrozumiałem.
Czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony, oparłem się o stare drzwi; lecz skoro nic nie nadeszło, chwyciłem za klamkę, z zamiarem ulotnienia się z tego miejsca, ale te cholerne skrzypiaki nawet nie śmiały się otworzyć.



- Nie ma mowy, że wyjdziesz stąd, póki nie porozmawiamy — Mruknął spokojnie pod nosem, a ja dopiero teraz mogłem dostrzec w jego bladej dłoni połyskujący, srebrny kluczyk. Świetnie.
Przybliżył się niebezpiecznie blisko. Przełknąłem nagle nagromadzoną ślinę, czując, jak powoli zaczynam się nieźle denerwować; ale dlaczego?
Och Tom, przecież świetnie wiesz dlaczego. Jego obecność sama w sobie sprawia, że popadasz w powolny i niezwykle męczący obłęd, dlaczego nie masz na tyle odwagi, by choć sam przed sobą się do tego przyznać? - O co ci chodzi?
- O nic - Wzruszyłem arogancko ramionami, opierając się jeszcze bardziej o wyjście, by chociaż trochę zminimalizować niezręczną bliskość między nami. - O nic mi nie chodzi, dlaczego pytasz?
- Nie jestem ślepy.
- Czasami mam uczucie, że właśnie takim pragniesz być w oczach innych — Odpowiedziałem cwaniacko, krzyżując ramiona na piersi. - Powiedziałem ci już swoje, Tramper. Nie karz mi się kolejny raz powtarzać. Zdecyduj się w końcu, czego chcesz.
- Mimo wszystko, nie wytłumaczyłeś, dlaczego tak ci zależy, bym dał sobie spokój — Wysyczał, robiąc kolejny krok do przodu. Nie miałem już drogi ucieczki, zmuszony byłem do stania zaledwie trzy centymetry od niego. Moje oczy świdrowały po całej jego twarzy, namolnie starając się na czymkolwiek skupić.



*



BILL



Nie potrafiłem dalej pozwalać sobie na to, co się wokół działo. Musiałem wydobyć z Toma prawdę; inaczej chyba bym zwariował. Sama jego obecność w pokoju doprowadzała mnie do skurczu w okolicy podbrzusza, a jego milczenie smuciło niemiłosiernie; choć dawniej nawet nie wymawialiśmy między sobą słowa. Niestety, wszystko się zmieniło, także nasza rzeczywistość, która w większości była spędzana we dwoje. Po prostu; potrzebowałem go. Nie ważne jak długo bym sobie wmawiał, że tak nie jest. Brakuje mi tych naszych głupich sprzeczek i szczerych rozmów od czasu do czasu.
Nie musimy się przecież do siebie nie odzywać; a już zwłaszcza przez taką głupotę.
Próbowałem jakoś do niego dotrzeć, wbiłem spojrzenie w jego roztrzęsione tęczówki; o co chodziło?



- Tom? - Mruknąłem cicho, próbując skupić na siebie uwagę. - Powiesz mi w końcu prawdę?
- A co jeżeli sam jej nie znam? - Zapytał znienacka, śmiejąc się niezręcznie pod zadartym nosem. - Nie jestem pewien, bo to, co przypuszczam, jest zbyt głupie, by mogło się okazać prawdą.
- A co przypuszczasz? - Zapytałem, podnosząc dłoń i delikatnie kładąc ją na jego umięśnione ramię. Poczułem, jak się wzdryga, a jego oddech — jakby mimowolnie — przyśpiesza.
Wystraszyłem się, gdy chwytając moją bladą rękę, odepchnął mnie na równoległą ścianę tak, by udało mu się oprzeć z obu stron mojej głowy, natrętnie wbijając ślepia w moje własne. Poczułem, jak wszystkie włosy stają mi dęba, a serce zaczyna niebezpiecznie szybko bić. Nie, nie, nie to nie jest zdecydowanie normalne. Słaby, niemal nieodczuwalny dotyk zaczął muskać moją łabędzią szyję, po chwili przenosząc się na zarumienione policzki. Poczułem, jak powoli się rozpalam i już sam nie byłem pewien czy to na pewno tylko przez zawstydzenie. Usłyszałem w tle cichą wibrację mojego telefonu. Pewny siebie brunet pokiwał głową z niejasnym uśmiechem, oddalając się po pewnym czasie od mojego ciała.
- Daj sobie spokój Bill i po prostu zajmij swoim wyimaginowanym związkiem — Westchnął jakby od niechcenia, otwierając zamek w drzwiach. Kiedy udało mu się odebrać mi klucz? 
Zresztą, nieważne.
Niechętnie wyciągnąłem telefon z kieszeni, odbierając nową wiadomość.



Andreas: Wszystko u ciebie dobrze, mój skarbie?



Nie Andi, nic nie jest dobrze. 
Z nami nie jest dobrze.



*



TOM



Dlaczego powoli gubiłem się sam w sobie?
Dlaczego już sam nie mogłem do końca określić, jaki jestem?
Dlaczego to wszystko musiało się właśnie dziać?



Szedłem szybkim krokiem w stronę sali gimnastycznej, nie potrafiąc zadusić w sobie moich podwyższonych nerwów. Powiedziałem mu, co od dawna powinienem był powiedzieć; lecz jakoś w ogóle nie przyniosło to dla mnie ukojenia; wręcz przeciwnie. Czułem się podle, choć wcale nie miałem co do tego powodów.
Właściwie to miałem powód. Jeden duży powód. 
Nazywał się Bill Tramper.
Nie mogę w to uwierzyć, że w końcu przyznaję się do tego sam przed sobą, ale po niemal szesnastu wspólnych latach muszę przyznać, że ta mała, rozkapryszona diva pojawia się o wiele za często w moich myślach; a to mogę wytłumaczyć tylko w jeden sposób.
Ja, Tom Kaulitz, chodząca i buzująca dawka mocnego testosteronu właśnie się zauroczył.
I to w nikim innym jak po prostu chłopaku.
W Osobie, która ma fiutka.
Ja gejem? Biseksualistą?
Świat chyba zwariował.



*



Andreas: Mam już załatwiony bilet na autokar, powinienem pojawić się u ciebie w mieście za jakieś dwa dni. W końcu się zobaczymy, książę.
Andreas: Cieszysz się?



*



BILL



Czy ja się cieszę?
Dobre pytanie.
Co ja w ogóle teraz czuje?



Stres. Stres i strach, zdecydowanie nie liczyłem dni i godzin, bo za bardzo się boję tego, co może — ale nie musi — nadejść. Miałem ochotę wyć ze strachu i płakać z radości w jednym, i jak tu się do tego przyznać, blondasku? No jak?
Tak bardzo chciałbym móc pochwalić się tym Tomowi, porozmawiać z nim szczerze i posłuchać jego miłych rad jak to wszystko przeżyć, by nie zwariować z mojego braku pewności siebie.
Ale nie mogłem tego zrobić.
Nie mogłem, bo nasze jedyne słowa od tygodnia to tylko „zajmuję teraz łazienkę” i „przycisz tę muzykę". Po prostu, nic więcej i czuję jak powoli ta sytuacja doprowadza mnie do własnej destrukcji. Miałem tego po prostu dość, ale każda rozpoczęta rozmowa z dresem kończyła się fiaskiem. Nie miał po prostu ochoty na moje towarzystwo, a ja zmuszony byłem to tolerować; choć nie chciałem.
Jedynym momentem, który zapadł mi w pamięć to burza, która rozeszła się po naszym mieście dwa dni temu. Telepałem się ze strachu, słysząc głośnie grzmoty zza okna. Nienawidziłem burzy; był to największy postrach mojego dzieciństwa, aż dotychczas — i dredziarz o tym wiedział.
Dlatego też bez słów podszedł do mojego łóżka i bez ostrzeżenia wcisnął się obok mnie, obejmując mnie w tali i dociskając do siebie. Momentalnie przestałem się trząść, skupiając na tym, co właśnie rozhuczało się w mojej głowię.
Pamiętam później jedynie jego cichy szept.



- Nie mogę spać z wiedzą, jak bardzo się teraz musisz bać, Bill.



Zasnąłem momentalnie, z uśmiechem na zaschniętych ustach, myśląc, jak bardzo chciałbym, by ten jeden moment trwał wiecznie.
I nie, nie wyobrażałem sobie tym razem nikogo innego na miejscu Toma.



*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz