wtorek, 28 lutego 2017

I will show you the truth, 003.

*

TOM

Nie do końca miałem świadomość, o co właściwie mi w tym wszystkim chodziło.
Jedyne czego byłem pewien to faktu, że moje nerwy sięgnęły zenitu i nie miałem najmniejszej ochoty wracać do pokoju od razu po szkole, by znów przez najbliższe pół dnia oglądać Czarnego.
Po prostu; nie potrafiłem już tego wszystkiego tolerować. Żyję z nim od tylu lat i bezsprzecznie mogę stwierdzić, że jest zbyt kruchy, a wiem, że z tego internetowego związku nic dobrego wyniknąć nie może. Zastanawia mnie tylko jedno; dlaczego ja się nim tak przejmuje?
Zadaje sobie to pytanie bardzo często, naprawdę.
Na przykład w czasie zajęć, gdy siedząc zawsze w ostatniej ławce pod ścianą mam idealny widok na niego. Najczęściej wtedy szkicuje coś w swoim pamiętniczku albo stara się z ukrycia odpowiedzieć na kolejną wiadomość.
Także, na lekcji wychowania fizycznego, gdy siedzi na trybunach, a kosmyki z jego czarnej czupryny wlatują mu do tych idealnie podkreślonych oczu. Trener zakazał mu wnosić na salę telefon. Jeszcze tolerował fakt, że Tramper odkąd skończyliśmy czternaście lat, co roku przynosił mu zaświadczenie od lekarza, zakazujące na jakiekolwiek ćwiczenia, ale całkowicie nic nierobienie i do tego jeszcze jedynie siedzenie na sprzęcie elektronicznym uważał już za przesadę. Jak powód jego nicnierobienia obstawiałem to skrajne wychudzenie. Brakowało mu ledwo parę kilogramów do anoreksji, przysięgam!
Chociaż, pasowało mu to. Nie mogłem nawet sobie wyobrazić Billa z jakimś sześciopakiem na brzuchu i bicepsem o średnicy mojej głowy. Nie pasowałby do tego.
Zresztą, był idealny; przyznaję się bez bicia do prawdy.
Jego ciasne rurki, oplatające chude, szczupłe i niezwykle długie nogi, jak i (najprawdopodobniej, nie żebym się przyglądał!) jędrny, choć mały tyłek. Na ramiona najczęściej zarzucał czarne swetry, bluzy, czasami z jakimiś czerwonymi nadrukami. Największą uwagę skupiał na swojej twarzy, zawsze z idealnie dobranym podkładem, choć gdybym z nim nie mieszkał, nawet bym nie pomyślał; że mógłby go na niej mieć. Duże, brązowe jak gorzka czekolada oczy obramował czarną konturówką, a na powiece powstawała cudowna kreska. To wszystko wyglądało nieskazitelnie, a sama myśl o tym, że ktoś mógłby kogoś takiego skrzywdzić... nie przynosiła mi niczego dobrego.
Zauważyłem także, że coraz częściej ten mały pewniak pojawiał się w moich myślach. Tak po prostu, chociażby teraz, gdy właśnie wybiła dwudziesta druga, a ja dopiero raczyłem wrócić do swojego miejsca w tym akademiku. Zastanawiałem się, czy powinienem w ogóle to robić;  teraz zapewne go wyrwę ze snu jeżeli zbyt głośno otworzę te skrzypiące, stare drzwi.

*

Po jakiś piętnastu minutach kombinowania, jak tu wejść, żeby nie obudzić małego śpiocha, zdecydowałem się nie robić już z siebie większego kretyna; aniżeli jestem. Bo kurwa, skoro jego nie interesowało ani trochę to, gdzie byłem i co robiłem, ani nie chce słuchać moich rad, choć tylko pragnę udzielić mu pomocy i ochronić przed skrzywdzeniem... to dlaczego ja mam się przejmować tym, czy obudzę tego chodzącego narcyza, czy nie?
Więc wszedłem i w pierwszej chwili zamarłem, gdy na łóżku pod oknem nikt nie leżał.
Jednak ujrzawszy ruch na moim własnym, ruszyłem w tamtą stronę, odkrywszy skulonego czarnulka, który ze spokojem otulał jedną z moich poduszek. Westchnąłem cicho, uśmiechając się blado pod nosem. Po raz kolejny w życiu muszę stwierdzić, że jest śliczny i z bólem w sercu uświadomiłem sobie, że chyba powinienem go zbudzić.
Chociaż...

*

Andreas: Obudź się, maleńki i odezwij do mnie.
*

BILL

Obudził mnie dźwięk przychodzącej wiadomości, ale czując przyjemne ciepło na moich plecach, nie miałem najmniejszej ochoty i determinacji, by w ogóle się ruszyć. Było mi tak przyjemnie, lecz dziwne uczucie czyjegoś oddechu na karku wymusiło otwarcie moich cholernie zaspanych oczu.
Leżałem na łóżku dresiarza, który szczelnie mnie otulał, z twarzą wtuloną w zagięcie mojej szyi. Chrapał cichutko pod nosem, mrucząc coś niezrozumiale. W pierwszej chwili ogłupiałem, nie rozumiejąc; co ja tu w ogóle wyprawiam?
Chwilę mi zajęło zrozumienie, że przecież po prostu zasnąłem na jego łóżku, gdy tak uparcie czekałem na jego powrót, a on po prostu najwyraźniej nie miał najmniejszej ochoty mnie zbudzić lub samemu przenieść moje cielsko na drugie łóżko. 
To jak późno musiał tu przybyć?
Chwyciłem za telefon, chcąc sprawdzić godzinę i w moment otrzeźwiałem, byliśmy spóźnieni do szkoły! Chwyciłem Toma za rękę, którą zaciskał na mojej tali, delikatnie nią potrząsając.

- Wstawaj, jesteśmy spóźnieni! - Mruknąłem niespokojnie, wybudzając dredziarza ze snu. Ten jedynie warknął coś niezrozumiale, odwróciwszy się do mnie plecami. - Tom!
- No czego chcesz, Tramper? - Burknął nieprzyjemnie, podnosząc z niechęcią głowę i wzrok na moją osobę. - Chcesz, to idź do budy, ja nie mam zamiaru. I tak właśnie przegapiliśmy połowę zajęć, po co więc się śpieszyć na resztę? Zamknij już tę piskliwą jadaczkę i połóż się z powrotem spać! - Zakrył się pod nos kołdrą, ukazując tym bardziej swoje wzburzenie. Sapnąłem cichutko. Miał rację, skubany.
Wyrwawszy mu kawałek kołdry, odwróciłem się plecami, a po chwili znów mogłem poczuć, jak męska ręka niepewnie oplata mnie na brzuchu, przyciągając do siebie.
Co się właśnie działo?

*

Andreas: Billy?
*

Siedziałem na swoim posłaniu, obracając w dłoni stary telefon.
Andi starał się cały dzień jakoś zwrócić na siebie moją uwagę, pisząc po trzy SMS-y na godzinę; ale ja, o dziwo, po raz kolejny nie miałem najmniejszej na nie ochoty. Przed oczami stawał mi obraz dredziarza, a w brzuchu rozlegało się przyjemne ciepło, gdy tylko przypominałem sobie, jak słodko mnie otulał dziś rano. Tłumaczyłem to sobie faktem, że po prostu brakuje mi tego w moim związku i dlatego ta sytuacja uparcie pojawiała się w moich myślach. Tak, to zdecydowanie dlatego.
Zastanawiałem się także, gdzie wybył Kaulitz. Gdy tylko się po raz drugi obudziłem, jego już nie było, a więc po raz kolejny nie miałem najmniejszej możliwości z nim przedyskutować sprawę jego zachowania względem mnie i traktowania mojej sytuacji uczuciowej tak nijako, jak właśnie to robi.
Nie chciałem się z nim kłócić; nie posiadałem na to siły. Zależało mi na dobrych kontaktach z brunetem.
Westchnąłem ciężko, gdy minęła kolejna godzina bezczynności. Moje myśli z dnia na dzień stawały się raz po raz bardziej nielogiczne, a mój chłopak sam w sobie pojawiał się w nich coraz to rzadziej, jakobym po prostu starał się o nim zapomnieć. 
Tak nie mogło być.

Ja: Andreas, musimy porozmawiać.
Wystukałem i niepewny swego wysłałem, czekając na raport doręczenia. Przyszedł momentalnie, razem z odpowiedzią.

Andreas: O czym?
Ja: O nas.


*

Andreas: Nie mamy możliwości się widzieć, jak i rozmawiać, ale to nie znaczy, że cię nie kocham.
Rozmowa werbalna nie jest wyznacznikiem uczuć. Jesteś dla mnie najważniejszy sam w sobie. To jasne, że chce dalej z tobą być.


*

Andreas: A Może to ty tu masz jakieś zwątpienia?
*

Czy ja je mam?
Owszem Andi, trafiłeś w sedno mojej sytuacji, zaczynam wątpić. Najgorsze w tym wszystkim jest jeden fakt; nie mam sobie tego za złe. Jak i tego, że w pewnym sensie spałem z dresiarzem, tak i bodajże częstego pojawiania się jego osoby w moich myślach.
Nie mogłem być sfrustrowany owymi faktami, skoro nie bolało mnie to, a wręcz przeciwnie. Chyba uwielbiałem pamiętać, iż istnieje taka osoba jak Tom Kaulitz.
Bo on istniał i co do tego miałem pewność, nie jak w innych przypadkach, niestety...
Choć powoli zaczynałem czuć zagubienie w swojej sytuacji, nie miałem już tej pewności siebie i tego, na czym właściwie stoję. Grunt zaczął mi się sypać, gdy wywiercona przez bruneta dziurka w moim brzuchu stopniowo zaczynała się powiększać, zachodząc niepewnością i strachem o moje własne zdanie. Bo przecież, co jeżeli ukarzę się błędne i po raz kolejny skażę sam siebie na ból straty i rozczarowania?

*

- Nawet nie zaczynaj tego tematu — Mruknąłem, gdy mogłem zauważyć na sobie utkwiony wzrok Kaulitza. Leżał na swoim łóżku, udając, że czyta podręcznik z Historii, choć świetnie mogłem ujrzeć jego ukradkowe spoglądanie na mnie za każdym razem, gdy otrzymywałem kolejną wiadomość od mojego chłopaka. Wyjaśniłem sobie sytuację z blondasem i obaj doszliśmy do wniosku, że pora coś zmienić i lada chwila powinienem zostać poinformowany o tym, kiedy zamierza pojawić się w okolicach Leipzig. Nareszcie będę miał możliwość go spotkać!
I udowodnić swoją rację dredziarzowi... i mnie.
- Nie mam najmniejszego zamiaru, Tramper. Twoje życie mnie nie boli.
- Myślałem, że w końcu nauczysz się kiedyś lepiej kłamać.
- A ja, że w końcu kiedyś uda ci się dostrzec prawdę.

*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz