poniedziałek, 27 lutego 2017

I will show you the truth, 002.

*

Ludzie od zawsze mówili mi, że jestem łatwowierny.
Dawniej nawet uwierzyłem Kaulitzowi, że jego wujkiem jest Michael Jackson i dopiero po paru latach (i to całkowicie przypadkiem) zrozumiałem, że to w ogóle nie jest możliwe.
Więc jestem zmuszony zgodzić się z tłumem. Łatwowierność jest zdecydowanie jedną z moich głównych wad. Późnej mogę sobie zarzucić za dużą ufność i zbyt szybkie wybaczanie innym ich wybryków. Tak jak i w tej sytuacji.
Bo owszem, wybaczyłem mojemu blondaskowi jego kłamstwo. Przyznał się, że po prostu wysłał mi złe zdjęcie ze swojej galerii i zauważył to dopiero, gdy było już po prostu za późno. Później otrzymałem kolejne i oczywiście; na wszelki wypadek, pozwoliłem sobie przeszukać internet i wujka Google wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu, czy zdjęcie nie zostało od niego pobrane, ale nie. Nie znalazłem go nigdzie, więc pozwoliłem sobie uwierzyć, że ten jeszcze piękniejszy, niż poprzednio blondyn to właśnie MÓJ Andreas.
Fotografia przedstawiała jego, w zamyślonej pozie, opartego o balustradę należącą do marmurowych, zakręcanych schodów. Jego szerokie barki były dobrze widoczne (razem z mięśniami na nich), przez obcisły, biały podkoszulek. Jasne dżinsy, dość szerokie z wielkimi dziurami na umięśnionych kolanach i białe jak śnieg buty, ale skupiając się w końcu na twarzy mogłem wydusić z siebie tylko jedno... wow. Był nieziemsko przystojny, niemal zabójczo. Jego dwudniowy zarost idealnie komponował się z bialutkim uzębieniem, które świetnie było widać przez ten szeroki uśmiech. Czapka z daszkiem lekko zasłaniała lazurowe oczy, ale mimo wszystko mogłem ujrzeć ich piękno i głębię. Miał średniej długości włosy, na końcach lekko falowane, a w uszach mogłem dostrzec tunele. Mniejsze co prawda, niż posiada Tom, ale jednak są i ja je zauważyłem.
Uśmiechnąłem się błogo, czując jak po całym moim ciele rozlewa się gorące jak wrzątek ciepło pragnienia. Bo tak, pragnąłem go. Chociażby dotknąć; choć, przyznając się bez bicia, myślałem nad ciekawszą bliskością, niż zwykły dotyk koniuszkiem paluszka. Chciałem wtulić się w jego umięśnioną klatkę piersiową, zapominając o całym bożym świecie. Całować jego malinowe i pełne usta, aż w ekstazie nie pękłyby z mojej chaotyczności. Pragnąłem jedynie go chwycić i po prostu rzucić na łóżko, pozwalając by zrobił ze mną co tylko i jedynie by chciał; mimo iż nie uważam, bym był jego wart.


*

Andreas: Wszystko dobrze, Billy? Czy już zemdlałeś widząc mój paskudny ryjec?


*
Zaśmiałem się cicho, ustawiając sobie zdjęcie tego bóstwa na główną tapetę w moim starym klocku.

*

Andreas: Jak tam, książę? Wiem, że masz lekcje, ale tak straszliwie tęsknię...
*

Westchnąłem cicho, uśmiechając się mimowolnie. Sam najchętniej wróciłbym do domu, by móc pisać z moim skarbem do woli; ale niestety, nie mogłem. Nie dość, że Susie by mnie zabiła, to jeszcze musiałbym wszystko przepisywać od nie wiadomo kogo (bo znając życie, Tom i tak nie będzie miał większości notatek, albo, jak zawsze — w mega skróconej wersji). Oparłem głowę o zgiętą rękę, powoli, nieśpiesznie i z rozwagą biorąc się za odpisanie na wiadomość; nie mogłem w końcu znów pozwolić sobie by ten cholerny Schultz po raz kolejny skonfiskował mi telefon, aż do końca ostatniej lekcji. Już miałem odesłać odpowiedź zwrotną, gdy poczułem, jak ktoś mocno kopie w moje krzesło. Wystraszony, wyprostowałem się jak struna, odwracając dość nerwowo do tyłu.

- Czego — Warknąłem do mopa, który spoglądał na mnie jedynie spod przymrużonych powiek. Przewróciłem oczyma, ponownie wbijając wzrok w jego osobę. - No?
- Mówiłem, że masz sobie do cholery dać spokój z nim — Wysyczał przez zaciśnięte zęby, a ja mogłem na spokojnie zrozumieć, że niezwykle bardzo właśnie musiał hamować się przed krzykiem na mnie. Ale co, do kurki wodnej, interesuje go MOJE życie i MÓJ związek?
- Że co? - Odburknąłem pewny siebie, krzyżując ramiona. - Żartujesz sobie teraz ze mnie?
- Nie — Odparł niezwykle nerwowo, od razu kontynuując swoją wypowiedź — Nie, nie żartuje. To ty chyba sobie ze mną właśnie pogrywasz, wiesz? Jeszcze dzień temu płakałeś mi w ramię, jak bardzo nie masz już siły ciągnąć tego wszystkiego, bo powoli większość rzeczy w twoim związku okazuje się kłamstwem, a teraz co? Znów wielka miłość? Szkoda tylko, że ono tak perfidnie cię oszukuje.
- Skąd możesz w ogóle wiedzieć, jaki on jest, co? Skąd możesz wiedzieć, kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę. Skąd do cholery możesz to wiedzieć! - Krzyknąłem, już na skraju obłędu, niemal momentalnie się reflektując. Właśnie oczy każdego ucznia skierowane były na mnie, razem ze wścibskim spojrzeniem okularnika.
- Tramper albo w tej chwili przestaniesz przeszkadzać na mojej lekcji, albo wynocha z tej sali — Mruknął spokojnie, poprawiając szerokie bryle na jego nosie. Ja znów, czując moją frustrację, postanowiłem jedynie spakować swoje manatki i od razu, w tempie ekspresowym opuścić to cholerne pomieszczenie, w którym znajdował się ten cholerny Kaulitz, który tak cholernie mieszał mi ostatnio w głowie!

*

Andreas: Nie martw się słowami innych osób, dobrze wiesz sam jaki jesteś i co powinieneś w danej sytuacji zrobić.


*

Blondas świetnie sobie radził z poprawieniem mojego humoru, dlatego nawet nie pozwoliłem sobie już więcej przez cały szkolny dzień, choć zbliżyć do dredziarza. Nawet w czasie przerwy obiadowej, usiadłem na drugim końcu sali, z dala od stolika Kaulitza i jego cholernej paczki; ale nie. On musiał przyjść właśnie do mnie i usiąść właśnie obok mnie, z tym swoim obrzydliwie pewnym siebie uśmieszkiem na twarzy. Uniosłem jedynie dumnie głowę, nie pozwalając mu na kontakt wzrokowy z moją osobą. Mimo wszystko, mogłem zauważyć, jak lekko się skrzywił, nim wydał z siebie ciche westchnięcie. Nie wiem, jak miałem to zrozumieć, miał dość tego, co teraz wyprawiamy? Tej kłótni o takie małe, niewarte coś? Nie, czekaj Tramper. To jest warte kłótni, nikt nie ma w końcu prawa obrażać twojego chłopaka, co to, to nie!
Dresiarz poprawia się na krześle, wcinając te swoje obrzydliwie tłuste frytki. Jakoś niezbyt mogłem ufać sposobom przyrządzania jedzenia w tym miejscu, dlatego jedyne co ja zawsze brałem to butelka wody i mały, niskokaloryczny jogurt naturalny z płatkami owsianymi i kawałkami czekolady; no tak, bardziej można by nazwać to śniadaniem, ale... kto bogatemu zabroni? A no właśnie. Do tego, nikt nie przejmował się moim żywieniem od zawsze, więc któż nagle miałby mi zakazać mojej całożyciowej praktycznie diety?
Ale wracając do Kaulitza...

- Jak długo jeszcze chcesz się ze mną kłócić, zamiast po prostu choć raz w życiu posłuchać mojej rady?
- To nie są dla mnie rady — Burknąłem, wysyłając mu zniesmaczone spojrzenie. - Nie wiem, co tobą kieruje, ale nie rozumiem tego. Chcesz zniszczyć we mnie niemal całą miłość do ukochanego; ale dlaczego? Jesteś zazdrosny? - Zapytałem chciwie, a jego oblał szkarłatny rumieniec, którego za żadne skarby tego świata nie udałoby się zakryć. A więc trafiłem w sedno? Jest zazdrosny? Ale... ale dlaczego?
- Nie jestem zazdrosny — Warknął, rehabilitując się po krótkiej chwili. - Jedynie nie mogę patrzeć na to, jak ktoś cię tak oszukuje, a ty we wszystko tak gładko wierzysz.
- Kocham go, rozumiesz? Kocham. Wierze mu, bo to na tym polega ta cała cholerna miłość, Kaulitz. Może, gdy sam ją kiedyś poczujesz, to zrozumiesz — Nie wiem, dlaczego, ale momentalnie pożałowałem mojego ostatniego zdania, gdy w oczach bruneta mogłem dostrzec ból. Coś się stało, o czym nie chciał mi powiedzieć, a miało związek z tym uczuciem, którym darzę Andiego? Ale o co mogłoby chodzić?
- Ty niczego nie rozumiesz. To ty musisz w końcu przyjmować do siebie rady innych, nim taki właśnie ktoś, jak twój wielki Andreas, nie złamie twojego serca na pół — Wstał, biorąc do ręki swoją tacę, z niedokończonym jeszcze jedzeniem. - I wiesz co? Nigdy nie mów czegoś, gdy nie jesteś pewny swoich słów. Nie zarzucaj mi tego, że nie kochałem, bądź nie kocham. Bo skąd miałbyś to wiedzieć? Ja przynajmniej mam jakieś oparcie w moich domysłach; ty nie posiadasz żadnego. Rób, co uważasz, Tramper. Ale nie przychodź do mnie, gdy znów okaże się, że to ja miałem racje — I odszedł, a ja jedynie mogłem wgapiać się w jego tułów, który po paru minutach zniknął, zza szklanych drzwi stołówki. Westchnąłem, klnąc pod nosem.

*

Andreas: Wszystko dobrze, Billy? Martwię się. Odezwij się z rana, dobranoc kochanie.
*

Po raz kolejny badałem wzrokiem jego wiadomość. Po raz pierwszy od praktycznie zawsze nie miałem ochoty na pisanie z moim chłopakiem, zlewałem go przez cały dzień, gdy tylko po rozmowie na stołówce zaszyłem się w moim pokoju, odpuszczając jedną z ostatnich lekcji. Po prostu czułem się podle, a moje myśli były rozbiegane jak słowa rzucone pod wiatr. Nie wiedziałem, jak to wszystko zrozumieć, nie miałem na to siły.
Wiedziałem tylko, że zraniłem mopa. Zraniłem Toma Kaulitza, osobę, którą jeszcze niedawno uważałem za wroga. Zraniłem go perfidnie, choć on jedynie chciał mi pomóc. I miałem wyrzuty sumienia w wielkości Titanica.
Dlatego też pomyślałem, że pogadam z nim jak tylko wróci z zajęć. I tak właśnie mijały minuty, godziny, wymyślałem co w końcu powiem mu, jak przekroczy próg naszego wspólnego pokoju, ale wiecie co? Nie przyszedł. Cały dzień go nie było, nawet jego plecak nie został tu odniesiony, a dobrze wiem, że nienawidził z nim paradować i zawsze, nawet jak się śpieszył, odnosił go do pokoju, bądź szybko rzucał na łóżko i wychodził. Ale nie tym razem. Tym razem nie zjawił się nawet na sekundę, a ja mimowolnie zacząłem się martwić.
A więc było wszystko dobrze?
Nie. Było okropnie, moje serce biło coraz bardziej nerwowo, z godziny na godzinę, gdy Tom nie pojawiał się w drzwiach. Nie mogłem się odnaleźć, przyzwyczajony czyjąś obecnością. Nawet pozwoliłem sobie około dziewiątej wieczorem przenieść na jego łóżko, gdzie otulony jego zapachem i zimnem samotności, zapadłem w sen.

*

1 komentarz:

  1. ...
    ...
    ...
    ...
    ...
    Proszę, kolejny rozdział *mina płaczącego kotka*

    OdpowiedzUsuń